Magic Lullaby
Rozbudowana Biografia - Wersja do druku

+- Magic Lullaby (http://magiclullaby.pisz.pl)
+-- Dział:
Kroniki
(http://magiclullaby.pisz.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Postacie (http://magiclullaby.pisz.pl/forumdisplay.php?fid=7)
+---- Dział: Zaakceptowane (http://magiclullaby.pisz.pl/forumdisplay.php?fid=69)
+----- Dział: Rebecca Gaunt (http://magiclullaby.pisz.pl/forumdisplay.php?fid=258)
+----- Wątek: Rozbudowana Biografia (/showthread.php?tid=1292)



Rozbudowana Biografia - Zjawa z Pokątnej - 01-20-2020

Akt I
"Piękne dzieciństwo ma się tylko raz."

Przyszłam na świat oraz dorastałam w wielkiej wiejskiej posiadłości znajdującej się na południu Walii na obrzeżach miasta Caerphilly. Wiodłam tam razem z moim licznym rodzeństwem niemal bajkowe życie. I chociaż nazwisko, oraz błękitna krew zobowiązywała naszą rodzinę do pewnych określonych zachowań, to  wzorowałam się bardziej na wesołym, pozbawionym ogłady ojcu, aniżeli na zdystansowanej i pełnej ogłady matce. Podobnie jak ojciec stroniłam od arystokratycznych ceremoniałów. A posiadłość z rozległymi terenami dostarczała mi mnóstwo rozrywek. Ogłada i dbałość o wygląd były mi raczej obce, a już na pewno nie należały do moich głównych zainteresowań. Uwielbiałam jeździć konno, spacerować po lasach długimi godzinami, wspinać się na niektóre skały. A kiedy guwernantki nie pilnowały mnie oraz mojego rodzeństwa z braćmi wspinaliśmy się na wiśnie, które rosły w naszym sadzie. Pozwalała na to „oryginalność„ rodziny. Mój ojciec nie pełnił żadnych oficjalnych funkcji. Do przejęcia tytułu nestora rodu był dopiero dziesiąty w kolejce. Dlatego bez żadnych hamulców mógł się oddać swoim zabawom, bo to z nich składało się w dużej mierze jego życie. Oryginalne postępowanie mego ojca, które dalekie było od rygorów życia Nottów, musiała tolerować moja matka. Mówiło się, że w młodości była chodzącą pięknością. Nieszczęśliwie zakochana w innym, poślubiła jednego z Selwynów, który jednak darzył miłością kobietę ze stanu mieszczańskiego, z którą nie mógł się związać. Małżeństwo to przepełnione było nieszczęściem obu stron. O ile mój ojciec mógł oddawać się swoim pijatykom, o tyle matka musiała odgrywać rolę kochającej żony i wzorowej matki, wychowując w samotności swoje dzieci.
Za młodych lat nikt nie przygotował mnie do twardego zderzenia się z rzeczywistością. To przede wszystkim ojciec naciskał, by jego potomkowie mieli kontakt z literaturą, cyrkiem i muzyką, ignorując naszą formalną edukację. Kiedyś nawet podarował mi pamiętnik, w którym skrupulatnie zapisywałam swoje wiersze, przemyślenia, czy wspomnienia. Matka, jednak nigdy nie popierała tych pasji, przez co czułam się przez nią niezrozumiana. Ostatecznie nacisk matki zelżał. A wszystko za sprawą planów, które zaczęła snuć razem ze swoją starszą siostrą, która miała znacznie więcej szczęścia w życiu i została wydana za mąż z jednego z członka starego i szanowanego rodu Gauntów. Potrzebowała ona odpowiedniej kandydatki na żonę dla swojego syna. Obawiała się wprowadzać do rodziny zupełnie obcą kobietę. Najpewniej dlatego, iż nie mogłaby mieć nad nią żadnej kontroli. Moja ciotka była niesamowitą despotką. Pochłonięta utrzymaniem swojej pozycji, owładnięta pragnieniem kontroli musiała mieć każdy nawet najmniejszy krok zaplanowany z największą dokładnością. Z wyraźną ulgą odetchnęłam, kiedy ostateczny wybór padł na moją starszą siostrę Charlotte. Była przygotowywana do tej roli od małego. Doskonale znała zasady etykiety, biegle władała francuskim. A historię magii Anglii miała w małym paluszku. Jednocześnie była też bardziej stonowana, małomówna, oraz jak to moja ciotka określiła wręcz urocza. Ja byłam tym gorszym dzieckiem, ale nikomu to nie przeszkadzało gdyż ze mną i tak nie wiązano żadnych większych nadziei.

Akt II
Miłość od pierwszego wejrzenia…

Wszystko zostało zaplanowane z najwyższą starannością. Matka z ciotką wzięły pod uwagę wszystkie możliwe przeszkody, które mogłyby pojawić się i zniweczyć ich szczwany plan. Ciotka postanowiła wyprawić dwudzieste urodziny swojego syna. Do rodzinnego dworu w Little Hangleton została zaproszona śmietanka świata czarodziejskiego. W tym również moja matka i siostra. Czasami zastanawiam się nad tym jak wyglądałoby moje życie, gdyby matka nie podjęła decyzji i o moim wyjeździe. Miałam być oporą dla mojej zestresowanej siostrzyczki, oraz chciała wyrwać mnie w końcu ze złego wpływu ojca. Miałam zresztą wówczas już szesnaście lat. Była to najwyższa pora, aby również i mi poszukać odpowiedniego męża. Jak dziś pamiętam obawy matki, jej moralizowanie i przypominanie mi co chwila o tym do kogo jedziemy z wizytą. Musiałam powstrzymać swoje dziecinne zachowania, odzywać się tylko pytana, a przede wszystkim pomagać siostrze. Musiałam stanąć na wysokości zadania. Nawet jeżeli sama czułam paniczny lęk, przed wejściem do świata którego mi na szczęście oszczędzono.
Początek wizyty zaczął się wręcz tragicznie. Kiedy tylko dotarłyśmy na miejsce, okazało się, że nasze bagaże zapodziały się gdzieś w podróży, i minie trochę czasu nim skrzatom domowym uda się je odzyskać. Oznaczało to, że moja siostra miała spotkać się ze swoim przyszłym mężem w zwykłej codziennej sukni, w której chociaż wyglądała ślicznie, to było już pierwsza zadrą w idealnym planie matki oraz ciotki. A przecież nie mogłyśmy pozwolić czekać kuzynowi zbyt długo. Niepowodzeń był to jak się potem okazało dopiero początek. W końcu często dzieje się tak, że z tego co sobie zaplanujemy nie wychodzi nic. Matka wraz z siostrą była zbyt zaaferowaną cała sytuacją, a ciotka skupiła się na dokazywaniu Charlotte i przypominaniu o prostych plecach oraz uśmiechu. Nikt nawet nie zauważył momentu, w którym przystanęłam na chwilę, aby przyjrzeć się uważniej jednemu z obrazów, który przedstawiał moją ciotkę. Wedle mnie był to jeden z brzydszych obrazów jaki widziałam w całym życiu. Ktoś niezwykle nieumiejętnie władał pędzlem. Dlaczego więc ostatecznie zdecydowano się na zawieszenie obrazu na ścianach korytarzu? Kiedy zakończyłam swoją kontemplację nad brzydotą obrazu oraz powodu dla którego ozdabiał ten dom odkryłam, że na korytarzu zostałam zupełnie sama. Nie znałam tego domu. Byłam w nim tylko raz, kiedy miałam zaledwie sześć lat. Dodatkowo nie wolno było mi wychodzić samotnie z pokoju dziecięcego. Zaczęłam błądzić po pokojach, szukając mojej rodziny. Merlin, jednak nade mną czuwał i postawił na mojej drodze jednego ze skrzatów domowych, który akurat pastował podłogę na wysoki połysk. Zaprowadził mnie prosto pod drzwi, które prowadziły do salonu. Czując zimne dreszcze na karku, oraz zżerające od środka poczucie winy, weszłam do środka. Łamiąc tym samym wszelkie istniejące zasady dobrego wychowania. Przeproszenie za spóźnienie, oraz próby wytłumaczenia, że po prostu się zgubiłam nie zdołały złagodzić rozczarowanego spojrzenia matki, a ciotka jedynie zaciskała usta w wąską linie. To wszystko, jednak przestało mieć jakie kolwiek znaczenie w momencie, kiedy poczułam na sobie jeszcze czyjeś spojrzenie. Kiedy skierowałam wzrok w stronę mężczyzny, który również znajdował się w salonie zamarłam. W jednej chwili zaczęłam zazdrościć siostrze, że to jej przyjdzie poślubić tego czarodzieja. Był niezwykle przystojnym mężczyzną. Posiadał niezwykle łagodne rysy twarzy, zupełnie inaczej niż zakładałam wcześniej. Zauroczył mnie swoim ciepłym spojrzeniem błękitnych tęczówek, w których od czasu do czasu pojawiały się wesołe ogniki. Jego usta wyginały się w delikatnym uśmiechu. Z łomoczącym w klatce piersiowej sercem obserwowałam, jak podchodzi powoli i z gracją do mnie. Dreszcze po raz kolejny zatrzęsły mym ciałem, kiedy ten mężczyzna pochwycił moją dłoń odzianą w białą jedwabną rękawiczkę. Skłonił się powoli, a ja dostrzegałam jak światło blado odbijało się od jego starannie zaczesanych włosów w kolorze ciemnego blondu. Wraz z łomoczącym sercem pojawiły się niestety wyrzuty sumienia. Czy wolno mi było zakochiwać się w narzeczonym siostry. Nie, nie wolno było. Dlatego z łkającą duszą uśmiechnęłam się do kuzyna lekko, jeszcze raz przeprosiłam za zamieszanie, i czym szybciej stanęłam przy matce, pozwalając siostrze wrócić na nowo do centrum zainteresowania.
Później odbyła się uroczysta kolacja. Ciotka oczywiście posadziła moją siostrę obok swojego syna, aby ci mogli się bliżej zapoznać. Niestety moja siostra była zbyt zestresowana i nie była w stanie utrzymać rozmowy dłużej niż kilka sekund. Natomiast moja rozmowa z jednym z członków rodu Malfoyów kwitła w najlepsze. Rozmawialiśmy o poezji, wspinaczkach górskich, oraz o jeździe konnej. A mój kuzyn z powodu braku rozmówczyni przysłuchiwał się temu wszystkiemu z nie małym zainteresowaniem. I chociaż usilnie starałam się zwracać jego uwagę na Charlotte, ten wydawał się zupełnie nie zauważać jej zalet, czy wdzięków. Nic więc też dziwnego, że atmosfera przy stole zaczynała stawać się coraz mniej przyjemna. Ciotka z matką co chwila posyłały mi piorunujące spojrzenia, a siostra bladła z każdą kolejną minutą. Dlatego podjęłam chyba jedną z lepszych decyzji jakie mogłam. Udałam, że nagle źle się poczułam dzięki czemu mogłam odejść od stołu i udać się do sypialni w nadziei, że to pomoże uratować tę i tak już skomplikowaną sytuację. Kładłam się spać z nadzieją, że na uroczystym przyjęciu z okazji urodziny mojego kuzyna wszystko się rozwiąże, a siostra zostanie szczęśliwą narzeczoną. I wszystko na to wskazywało. Wszak drugiego dnia docierały do mnie słuchy, że mój kuzyn oznajmił swojej matce, że na przyjęciu ma zamiar tańczyć tylko ze swoją piękną kuzynką. Bez sprzecznie poprawiło to atmosferę pomiędzy resztą rodziny. Nawet nasze zagubione bagaże zostały odnalezione, a to pozwoliło mojej siostrze wystroić się na przyjęcie. Plan wydawał się wrócić na właściwe tory, więc wszyscy odetchnęli z wyraźną ulgą.
Charlotte na przyjęciu wyglądała olśniewająco. Misternie uszyta i ozdobiona czerwona suknia, podkreślała jej wąską talię oraz szerokie biodra. Góra sukni odsłaniała jej jasne ramiona, a droga rodowa biżuteria stanowiła podporę jej statusu w społeczeństwie czarodziejów. Nie mogłam w tym dniu przyćmić mojej siostry. Dlatego też zgodnie z zaleceniami ciotki moja suknia chociaż w pięknym jasno błękitnym kolorze była znacznie bardziej uboższa. Nie otrzymałam żadnej cennej biżuterii, a moje włosy zostały splecione w prosty kok. Wyglądałam dostatecznie pięknie, aby przyciągnąć wzrok innych kawalerów z arystokratycznych rodzin, ale na tyle przeciętnie, aby nie rzucać się w oczy kuzynowi. Nic nie zapowiadało katastrofy. Przyjęcie toczyło się swoim rytmem. Goście tańczyli, rozmawiali i rzucali zaciekawione spojrzenia w stronę młodego Gaunta oraz mojej siostry. Szeptali, plotkowali...każdy wiedział o tym, że głównym celem tego przyjęcia nie jest świętowanie urodzin. Wszyscy w jednym momencie wstrzymali oddech, kiedy mój kuzyn pojawił się w sali z naręczem największego i najpiękniejszego bukietu czerwonych róż. Goście wodzili wzrokiem za młodym mężczyzną, moja matka i ciotka promieniały dumą, a siostra zrobiła krok w przód wyciągając powoli ręce, aby odebrać ten piękny dar przyjmując tym samym oświadczyny. Jakże wielkie poruszenie zapanowało na sali, kiedy nagle Gaunt wyminął moją siostrę ignorując jej nadzieję w oczach. Duma zniknęła z oczu mojej ciotki, a na twarzy matki pojawiło się przerażenie. Jeszcze większe przerażenie namalowało się na mojej twarzy, kiedy odkryłam dla kogo tak naprawdę był przeznaczony ten piękny bukiet róż. Mój wzrok biegał po całej sali zatrzymując się raz po raz na matce, która znieruchomiała, ciotka po raz kolejny zacisnęła usta w wąską linię, a w oczach siostry zaczęły szklić się łzy. Bez względu na to jak jakaś część mnie cieszyła się z takiego obrotu spraw wiedziałam, że kuzyn postawił mnie w najgorszej z możliwych sytuacji. Czułam na sobie spojrzenia wszystkich ludzi zebranych w sali, i poczułam nagłą ochotę ucieczki, co byłoby jeszcze gorsze niż odmowa, która też nie była możliwa. Nie w momencie, kiedy oświadczyny odbyły się na forum społeczności arystokracji. Ośmieszyłoby to nie tylko ród Gauntów, ale również moją własną rodzinę. Przyjęłam bukiet róż czując jak drobne kolce wbijają się w moje dłonie.

Akt III
Ach co to był za ślub

Cały plan, tak starannie układany przez kilka lat nie doczekał się szczęśliwego zakończenia. Chociaż moja ciotka próbowała usilnie przekonać swojego syna do zmiany zdania, ten jednak twardo stał przy swoim, by ostatecznie oznajmić, że albo rodzina zgodzi się na jego wybór, albo nie ożeni się z nikim innym. Ciotka nie miała wyboru. Jedyne co to pozostało się jej pocieszać tym, że wszystko pozostanie w rodzinie. Wiedziała również, aby to małżeństwo nie okazało się wielką porażką oraz, aby plotki nie zniszczyły dobrego imienia rodu należało nadrobić to co było ignorowane przez całe moje życie. Matka w trybie natychmiastowym musiała zadbać o to, aby uzupełnić moje braki w edukacji. Ja z każdym kolejnym dniem, kolejną lekcją francuskiego, oraz nauką kolejnego walca zaczęłam zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji. Moje życie miało ulec nieodwracalnej zmianie. Miałam zostać wepchnięta w cugle, których unikałam. Jedyna nadzieja była w ojcu, który mógł się sprzeciwić. Czekałam na to, na ten dzień w którym powie "nie" ale ostatecznie nie powiedział "nie". Przez całe to wielkie nieporozumienie relacja z moją siostrą bardzo podupadła. Wiedziałam, że obwinia mnie za kradzież jej narzeczonego oraz za zajęcie miejsca, do którego była przygotowywana od urodzenia. Chociaż nigdy nie powiedziała mi tego prosto w oczy, to oddaliłyśmy się od siebie.
Data ślubu za porozumieniem rodzin została wyznaczona na 10 maja 1854 roku, jednak cały miesiąc przed planowaną uroczystością wróciłam do Little Hangleton gdzie miałam już bezpośrednio uczestniczyć w przygotowaniach do zaślubin. Był to niezwykle żmudny i trudny proces. Jak się szybko okazało moja przyszła teściowa miała swoją wizję tego ślubu, a ja w jej oczach byłam dzikim dzieckiem, które nie wiedziało nic o świecie. Nie dostałam nawet szansy wyboru sukni, w której chciałam przejść ostatnią drogę jako panna. Ślub był tradycyjną ceremonią, która odbyła się na terenie posiadłości Gauntów. Moją biało-srebrną suknię ślubną zdobiona była haftami mirtu, który symbolizował czystość i dziewictwo. Natomiast wieńczyła ją korona z opali i brylantów. Ozdobę góry sukni stanowiły szerokie falbany biegnące dookoła linii ramion, bardzo długi welon i równie pokaźny rozmiarami tren wykonany z białego tiulu. Na jednym ramieniu natomiast spoczywała luźno zawiązana peleryna w kolorach rodu Selwynów. Kiedy szłam do ołtarza dzierżąc w drżących dłoniach jasno-różowy bukiecik róż wszyscy zaproszeni goście spodziewali się najpewniej szczęśliwej i roześmianej panny młodej. Zamiast tego otrzymali zlęknioną i zapłakaną młodą dziewczynę, która nim zaczęła wypowiadać słowa przysięgi spojrzała na matkę w nadziei, że nie jest jeszcze za późno. I chociaż kochałam mojego przyszłego męża, który zauroczył mnie swoją siłą, pewnością siebie, ale również tym ciepłym spojrzeniem to nie byłam gotowa na tak poważny krok. Miałam wszak dopiero siedemnaście lat.
Ceremonia zaślubin, potem wesele wydawały mi się dłużyć w nieskończoność. Przede mną stało, jednak jeszcze jedno ważne zadanie, które musiałam wypełnić. Po uroczystościach ślubnych zostałam odprowadzona przez matkę i ciotkę do komnaty, po czym teściowa, , przywiodła do mnie swego syna życząc nam „dobrej nocy” w dwojakim słowa tego znaczeniu. Wypełnienie „małżeńskiego obowiązku” było dla mnie niezwykle przykrym doświadczeniem. Już po pierwszej nocy spędzonej razem, stało się jasne, że nawet sypialnia tak znamienitego, oraz szanowanego rodu nie gwarantuje intymności. Opierałam się czując się przy tym z dnia na dzień coraz bardziej obserwowana. Mój mąż nie naciskał na mnie, nie wziął siłą tego co mu się należało. Dopiero trzeciej nocy przezwyciężyłam strach. Przeprowadzka i życie w Little Hangleton nie należało do łatwych. Nagle zaczęto wymagać ode mnie rzeczy, na które przez całe życie nikt nie zwracał nawet uwagi. Obowiązek przestrzegania etykiety był niezwykle ciążący. Czułam się jak dziki koń, który nagle został zaprzężony do złotej karocy i wymagano od niego, aby dostosowywał się do poleceń woźnicy. Obecność ciotki czułam w każdym zakątku domu. Krytykowała dosłownie każdy mój ruch, każde moje słowo, czy podjętą decyzję. I chociaż zarzekała się, że robi to dla mojego dobra, ja wiedziałam, że mnie nienawidzi za zniszczenie jej idealnego planu.

Akt IV
narodziny i śmierć

Wiadomość o mojej ciąży rozeszła się po rodzinie lotem błyskawicy. Radość z rozwijającego się w mym łonie kolejnego Gaunta była przeogromna. Rodzina przysyłała prezenty, przedstawiciele innych czystokrwistych rodów składali gratulacje, a ja po raz kolejny czułam lęk. Mając zaledwie osiemnaście lat musiałam odnaleźć się w nowej, obcej roli. Moja ciotka była zachwycona wizją posiadania wnuka. Szczególnie liczyła na silnego męskiego potomka. Postanowiła więc sama się mną opiekować, a to oznaczało dla mnie zupełny brak prywatności. Prywatności, której tak bardzo potrzebowałam. Zmuszała mnie do pokazywania się w tym błogosławionym stanie, gdyż wedle niej był to mój obowiązek, żeby inne rody wiedziały, że rzeczywiście jestem w ciąży oraz, że ród Gaunt rośnie w siłę. 5 marca 1855 roku przyszła na świat nasza pierwsza córka, którą bez konsultacji ze mną nazwano Estera. Zdawałam sobie jednak sprawę, że muszę urodzić jeszcze co najmniej jedno dziecko – męskiego potomka. Opiekę nad naszą córeczką przejęła moja ciotka. Ograniczając kontakty z moją córką, których ta bardzo pragnęłam. Ciotka zorganizowała całą opiekę nad dzieckiem. Łącznie z mamką, oraz kucharką. Widywać się z dzieckiem mogłam tylko pod czujnym okiem teściowej, ale nie wolno było mi brać go nawet na ręce. Prośby kierowane do męża nie spotykały się tak naprawdę z żadnym odzewem, gdyż ten wierzył w to, iż jego matka nie robi tego w złej wierze. Widział w niej przykład idealnej kobiety oraz matki, którą ja nigdy się nie mogłam stać. Czułam się pokrzywdzona, szczególnie, że niedługo po tym zaszłam w ciążę po raz drugi. A 12 lipca 1856 trzymałam w ramionach drugą córkę, której dzięki zgodzie ciotki mogłam nadać imię Nadiya. Również tym razem dziecko zostało mi odebrane. Matka mojego męża twardo stałą przy zdaniu, że chociaż urodziłam dzieci, to jestem zbyt młoda i dziecinna, aby móc się nimi zająć w należyty sposób. Dopiero w momencie, kiedy zagroziłam mężowi swoim wyjazdem i opuszczeniem go, ten postanowił się ugiąć i wpłynąć na swoją matkę. Mój mąż nie był, jednak bohaterem w moich oczach.  Na dnie duszy bał się żelaznej i nieugiętej matki. Nie odważył powiedzieć jej w oczy, że powinna się wycofać, tylko… napisał do niej list. Ciotka jednak zagroziła, że jeśli jej wnuczki zostaną zabrane, to ona opuści rodzinny dworek. Jednak miłość do mnie, do swojej młodej żony, była silniejsza i mój mąż pozostał nieugięty. Dzięki temu mogłam swobodnie widywać się z dziećmi, cieszyć się z nimi każdą nawet najmniejszą chwilą.
Niestety radość z wygranej walki z ciotką niezwykle szybko przerodziło się w wielką rozpacz. Estera  zachorowała na smoczą ospę, która w tamtych latach była niestety śmiertelną chorobą. I chociaż medycy robili wszystko co w ich mocy, to 29 maja 1857 dziewczynka zmarła. Ból po stracie ukochanego dziecka rozdzierał moje serce. Nie byłam w stanie uczestniczyć w żadnych rodzinnych spotkaniach. Pogrążałam się w rozpaczy oraz w poczuciu winy, przekonując samą siebie, iż faktycznie nie sprawdzam się w roli matki. W żadnej z ról, które przeznaczył mi los. W ciągu kolejnych następnych miesięcy po śmierci Estery poddałam walkę o drugą córkę. Nie chciałam przyjmować już więcej świadomości egzystencji dziecka, pozostawiając je pod opieką ciotki, która z resztą ochoczo na to się zgodziła.

Epilog
śmierć jest wspaniałym nauczycielem. Niestety zbyt surowym

Przedwczesna śmierć córki, wymagania ciotki, oraz całej rodziny, brak męskiego potomka. Natłok obowiązków z którymi nie byłam w stanie sobie poradzić, sprawił iż stan mojego zdrowia znacznie się pogorszył. Zaczęłam przechodzić przez różne zmiany nastrojów. Jednego dnia potrafiłam być uśmiechnięta i pełna energii, aby następnego odmówić wyjścia ze swojego pokoju. Bajka, która ułożyła się w mojej głowie prysnęła niczym sen złoty. Bolesne zderzenie z rzeczywistością nie pozwalało mi już patrzeć na męża tak samo jak wcześniej. Coraz wyraźniejsze stawały się nasze odmienne charaktery, oraz podejścia do różnych spraw. On twardo stąpający po ziemi, oddany tradycji rodu, ja ukrywająca się cały czas w swoim wymyślonym świecie, uciekająca od nieprzyjemnych obowiązków. Zaczęliśmy siebie wzajemnie unikać. Chociaż mąż nadal rozpaczliwie próbował się do mnie zbliżyć, ale nie miał zupełnie pojęcia jak to zrobić. Przestawałam już wierzyć w możliwość wygrania wojny z ciotką, powoli również godziłam się ze swoim losem. Aż w końcu pojawił się promyk nadziei. Któregoś dnia ciotka doznała ataku choroby, która była popularna w rodzie Nottów. Puchła szybko i na całym ciele. Zaczynało się niewinnie od palców stóp i rąk, kostek czy nadgarstków. Ostatecznie choroba rozwinęła się do tego stopnia, że zaatakowała szyję ograniczając biedaczce dostęp do tlenu. Dla mnie oznaczało to zyskanie znacznie więcej swobody. Mój mąż stracił swój jedyny autorytet w postaci matki. Dodatkowo panicznie obawiał się tego, iż jeżeli nie sprosta moim wymaganiom to i ja odejdę. W tamtym okresie dużo podróżowałam do odległych krajów. Wiele z tych podróży finansował mój mąż, chociaż tak młodej kobiecie nie wypadało podróżować samotnie. I tak uciekałam już przez resztę swojego życia. Przed czym uciekałam? może przed mężem, dzieckiem, lub ciążącymi obowiązkami...a może przed samą siebie. Mąż wiele razy próbował namówić mnie do powrotu do domu. Deklarował swoją miłość, oraz wiarę w to, że miłość wystarczy, aby wszystko naprawić. Miłość mogła wiele to prawda, ale czasami miłość nie wystarczała. Staliśmy się podobni do dwóch łodzi, które przemierzały ocean, od czasu do czasu się ze sobą spotykały, ale nigdy na dłużej gdyż każda z nich miała zupełnie inny ładunek i kurs.
Chociaż moje życie zaczęło przybierać inny kształt, ja nie umiałam się tym cieszyć tak jak kiedy byłam dzieckiem. Na każdym kroku towarzyszył mi dziwny niewysłowiony niepokój. Czułam się tak jakby nadszedł wieczór nim w ogóle mój dzień zdążył się rozpocząć. Nie potrafiłam się wyzbyć myśli o umierającym świecie, a ja nie chciałam się go kurczowo trzymać. Dopadło mnie zmęczenie i melancholia. W myślach coraz częściej pojawiały się scenariusze szybkiej i bezbolesnej śmierci, która miałaby raz na zawsze uwolnić mnie z tego świata, który tak bardzo mnie zawiódł. Sama śmierć, jednak postanowiła się upomnieć sama o mnie splatając moje losy z pewnym człowiekiem. Tego dnia wróciłam do Anglii z jednej z moich podróży. Powróciłam również do męża, który wypatrywał mnie przez wiele miesięcy. Odczuwałam dziwną ulgę, zupełnie tak jak bym w końcu zrzuciła za swoich ramion olbrzymi ciężar. Świat na nowo zaczynał nabierać kolorów. Cały żal, smutek i żałoba, która tliła się w moim sercu po prostu zniknęła. Zdobyłam się nawet na to, aby spędzić trochę czasu z córką, której obecność przez tak długi okres czasu starałam się ignorować. Zapragnęłam nagle korzystać ze wszystkich dobrodziejstw tego świata. Dlatego wraz z jedną ze skrzatek, które służyły w dworku postanowiłam wybrać się na ulicę pokątną, aby popatrzeć na kolorowe wystawy sklepów, pobyć nareszcie wśród ludzi, chociaż przez całe życie starałam się stronić od tłumów, które mogłyby mnie otaczać. I chociaż skrzatka przejęła się tajemniczym człowiekiem, który po prostu wpadł na mnie, aby bez słowa zaraz potem uciec, ja nie widziałam w tym nic dziwnego. Sądziłam, że może chciał ukraść moją bransoletkę. Udało mi się zrobić jeszcze kilka kroków do przodu, ale w pewnym momencie zrobiło mi się słabo, poczułam jak nogi zaczęły mi mdleć, odmawiając tym samym dalsze dźwiganie mojego ciała. Na jasnym materiale sukni, w okolicach serca zaczęła rozrastać się czerwona plama. Nie czułam nawet upadku na ziemię, wszystko zaczynało przykrywać cień, aż w końcu  świat umarł razem ze mną

Stary świat zatonął, ciała w ziemi zgniły, a dawny blask przygasł. Niczego mi nie oszczędzono w życiu. płakałam, śmiałam się, gubiłam nadzieję, po to aby odzyskać ją na nowo. We wszystkim co robiłam w życiu byłam wierna przede wszystkim sobie. Jednak nawet po śmierci mój duch był oddzielony od wszystkich. Zostałam na pokątnej, która stała się moim nowym domem. Czemu akurat tam? może przez wzgląd na euforię jaka towarzyszyła mi w dniu mojej śmierci, a może dlatego iż na pokątną często zabierał mnie ojciec i to tam tworzył mi najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa. Teraz mało kto we mnie wierzy, mało kto o mnie pamięta. O Rebecce, która nigdy nie oddała swojej wolności.