Magic Lullaby
Stadion Srok z Montrose - Wersja do druku

+- Magic Lullaby (http://magiclullaby.pisz.pl)
+-- Dział: Wielka Brytania (http://magiclullaby.pisz.pl/forumdisplay.php?fid=12)
+--- Dział: Szkocja (http://magiclullaby.pisz.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: Stadion Srok z Montrose (/showthread.php?tid=1502)



Stadion Srok z Montrose - Magic Lullaby - 05-22-2020

[Obrazek: 31cd2915dc5ebbc3fbc65258eb97dfd6.jpg]

Stadion Srok z Montrose



Macierzysty stadion Srok mieści się na wyspie otoczonej zewsząd wzburzonym morzem. Specjalne, ochronne zaklęcia, czynią go niewidocznym dla mugoli. Obiekt, choć historyczny, przeszedł gruntowną renowacje, dzięki której jest częstym gospodarzem ważniejszych w lidze meczów. Utrzymany w barwach drużyny, trybuny mienią się czernią przeplataną ze stalową szarością.



RE: Stadion Srok z Montrose - Adora Lestrange - 05-22-2020

21 maja '80

Zaskoczył ją. Nie spodziewała się, że Rosier pierwszy - i tak szybko - wyciągnie do niej rękę, przelewając na papier słowa pełne skruchy. Chciała wierzyć, że zrobił to szczerze, z własnej, nieprzymuszonej woli i być może, gdyby nie przebieg obiadu w letniej posiadłości jego rodziny, nie miałaby podstaw do wątpienia w intencje. Usiadła do odpowiedzi z ambiwalentnymi uczuciami, bębniąc opuszkami palców o blat, na którym leżała papeteria oraz pióro. Nakreśliła kilka słów w tonie, który wydał się jej najbardziej odpowiedni, rzecz jasna nie zdradzając swoich prywatnych odczuć, po czym zawinęła list i przewiązane czerwoną wstążką zawiniątko, przymocowała do ptasiej nogi. Judas odleciał z odpowiedzią, pozostawiając ją z jeszcze większym mętlikiem w głowie.
W dniu meczu, teleportowała się prosto na wyspę, gdzie mieścił się obłożony specjalnymi zaklęciami, które utrzymywały go niewidocznym dla oczu mugoli, stadion. Dzięki praktyce, stawała się coraz lepsza w teleportacji na większą odległość, przestała się więc wysługiwać we wszystkim świstoklikami, wierząc, że z czasem zdoła zupełnie odrzucić ten mało przyjemny środek transportu.
Znalazła się wśród tłumu, który zmierzał na trybuny. Większość, o ile nie wszyscy, przybrali barwy drużyny, której kibicowali. Adora ostrożnie poprawiła otulający jej szyje szalik, którego obecność zdradzała, że trzyma mocno kciuki za drużynę z Montrose. Ten drobny gest sympatii wydał się jej jak najbardziej na miejscu.
Wspięła się na trybuny, skąd widok rozpościerał się nie tylko na murawę, ale również na otwarte morze za jej plecami. Przez dłuższą chwilę, z zapartym tchem wodziła spojrzeniem po bezkresnej wodzie, aż wszechobecna wrzawa nie przybrała na sile i tym samym nie przyciągnęła jej uwagi do tego, co działo się na stadionie. Poruszenie, które towarzyszyło jej już od pierwszej chwili postawienia stopy na tutejszym boisku, nie mogło się nawet równać ze szkolnymi rozgrywkami i meczem Slytherin kontra Gryffindor. W końcu, obie drużyny wzbiły się w powietrze, dokonując popisowej prezentacji, po której sędzia zaprosił kapitanów do siebie. Kafel w grze, kibice ryknęli, a komentator zagrzewał ich do jeszcze głośniejszego dopingu. Wypatrywała wśród zawodników Rosiera, miała okazję obserwować go podczas amatorskiej ligi Quidditcha, nie mniej dopiero teraz widziała go w swoim naturalnym środowisku i w duchu liczyła, że szybko przekona się o tym, że zawodowo radzi sobie na pozycji pałkarza tak samo dobrze, a nawet i lepiej, jak podczas meczów z amatorami. Nie spostrzegła nawet, kiedy dokładnie udzielił się jej ten duch sportowej rywalizacji i zamiast siedzieć cierpliwie na miejscu, zachowując dystans od rozentuzjazmowanego tłumu, poderwała się z innymi, aby przypadkiem nie przegapić dynamicznej akcji, zaciskając smukłe palce na stalowych barierkach. Wiatr targał jej swobodnie rozpuszczonymi włosami, wprowadzając nieład wśród lśniących srebrzystym blaskiem pukli, ale to nic. Na ten moment, istotne było tylko to, aby kafel nie trafił do pętel Stok, a krnąbrni pałkarze przeciwników zostali wyeliminowani.


RE: Stadion Srok z Montrose - Evan Rosier - 05-22-2020

Nie wiedział, czy do niej napisać. Bił się z myślami, aż w końcu podjął decyzje, kiedy przypomniał sobie o ich rozmowie w ogrodzie, podczas której wyraziła chęć kibicowania mu podczas zbliżającego się meczu. Zorganizowanie dla niej biletu w dobrze usytuowanej loży nie kosztowało go żadnego wysiłku, chociaż większość z nich została już wysprzedana. Wykorzystując swoje znajomości, został go od ręki, a więc jeszcze tego samego dnia wysłał do niej pojednawczy, krótki list z przeprosinami, dołączając do tego wisienkę na torcie w postaci najlepszej karty przetargowej, jaką dysponował.
Nie oczekiwał, że odpowie tego samego dnia. W zasadzie był niemalże pewny, że przytrzyma go w niepewności; będzie zwlekać do ostatniej chwili, by zagrać mu na nosie, a jednak znowu go zaskoczyła - nie uniosła się dumą rasowej panny Lestragne.
Judas wrócił do niego tego samego dnia z odpowiedzią. Z papeterii wyczuł tak dobrze znaną woń róży.  Zabieg celowy czy dzieło przypadku? Chciała mu się przypodobać, a może zasugerować, że nadal będzie miała w pamięci tamten dzień? Skłaniał się przy tej drugiej opcji. Czasem biło od niej wyrafinowanie pozbawione delikatności.
W przeddzień meczu upewnił się, że miotła, podobnie jak cały sprzęt był sprawny. Nie chciał żadnych przykrych niespodzianek, które rzutowałaby na jego dyspozycje w trakcie wydarzenia, tak bardzo wyczekiwanego przez wszystkich. Im bliżej dwudziestego pierwszego maja, tym trudniej było utrzymać emocje na wodzy, chociaż akurat jemu przychodziło to z niebywałą łatwością. Opracowywał w głowie plan zakłady niejakiego Louisa Poole'a, z którym miał nie tylko zawodowe, ale też prywatne porachunki. Przy odrobinę szczęścia być może uda mi się je zrealizować - może nie w całości, ale na pewno po części. Uśmiechając się pod nosem, teleportował się do Londynu.
Jak to zwykle bywało - nie odbyło się bez kontrowersji, chociaż tym razem takowe nie dotyczyły bezpośrednio zawodników, a organizacji. W początkowym założeniu mecz miał się rozegrać na neutralnym gruncie, pomiędzy Montrose a Glasgow, na skromnym, niczym niewyróżniającym się wśród sobie podobnych stadionów, ale w końcu, ku radości kibiców Srok i mniejszego entuzjazmu kibiców Grim Reapers, organizatorzy obu klubów ogłosi, że do tego jakże podniosłego wydarzenia w świecie qudditcha, najodpowiedniejszym miejscem będzie macierzysty stadion Srok, ze względu na jego nietuzinkową i zapierająca w dech piersiach lokalizacje.
Tuż przed meczem, dokładnie kilka minut przed gwizdem, trenera, wytrwałego w swoim przeświadczeniu, że dzień meczu będzie słoneczny, opuścił entuzjazm. Nad głowami unosiły parawany deszczowych chmur, z których od czasu do czasu padał lekki, majowy deszcz. Chłód przenikał przez sportową odzież aż do kości, ale duch rywalizacji nie opuścił żadnego zawodnika. W szatni wrzało. A na stadionie emocje sięgnęły zenitu - ni to dzięki owacji kibiców, ni to chęci wygranej obu drużyn. W pięćdziesiątej minucie meczu szala zwycięstwa przechyliła się na korzyść Grim. Ich przewaga nad gospodarzami wynosiła dokładnie dwadzieścia punktów - 150 do 130. Wszystko rozstrzygnęło się w ułamku sekundy, klika chwil później, kiedy szukający Srok wydarł im z rąk zwycięstwo, łapiąc Złotego Znicza.
Euforia, która wybuchła na trybunach wymieszana z adrenaliną, stłumiła odczuwalny przez Rosier ból, którego nabawił się, gdy tłuczek boleśnie zetknął się z jego ramieniem. Odszukał wzrokiem Adory tak charakterystycznej pomimo sporego tłumu. Ledwo trzymając się na miotle, podleciał ku niej, zatrzymując się kilka centymetrów przed metalowymi poręczami. Na ustach spoczął najbardziej wiarygodny uśmiech, na jaki było go stać w obecnej sytuacji. Nachylił się nad jej twarzą, by musnąć krawędziami ust jej policzka.
- Daj mi dwadzieścia minut - szepnął jej w ucho na tyle głośno, by przekrzyczeć ryk kibiców. Po otrzymanej odpowiedzi wylądował na murawie i ruszył ku szatni, aby doprowadzić się do względnego porządku. Chciał poruszać z nią kilka kwestii, nie tylko tych powiązanych z qudditchem.


RE: Stadion Srok z Montrose - Adora Lestrange - 05-22-2020

To zabawne, że w meczu Sroki stawały w szranki właśnie z Grim Reapers. Louis, podczas krótkiej i obfitującej w zaskakujący rozwój wydarzeń lekcji Quidditcha, jaką jej udzielił przed startem Amatorskiej Ligii, wspominał, że przeniósł się do teamu z Glasgow. Fakt, że dane jej było obejrzeć zawodową ligę na własne oczy podczas rozgrywki, na której Poole był obecny, uznała za książkowy wręcz przykład chichotu losu. Być może, kiedyś, w sprzyjających okolicznościach, wspomni tę anegdotkę, nie mniej biorąc pod uwagę różnice, jakie dzieliły ją z Louisem, równie dobrze mogło to się nigdy nie wydarzyć.
Do końca nie wiedziała, na kim i na czym powinna skupić swój wzrok. Kiedy podążała oczyma za pędzącymi na miotłach pałkarzami, umykało jej to, jak szybko ścigający z kaflem znaleźli się przy pętlach. Kiedy zaś z zapartym tchem śledziła te wszystkie zagrywki w walce o kafel, nie mogła być naocznym świadkiem kolejnego, celnego posłania tłuczka. Pochłonięta przebiegiem meczu, nie miała czasu, aby przejmować się padającym deszczem. Niewidzialna, utkana z zaklęcia bariera chroniła tylko do pewnego momentu, dlatego też pojedyncze, mokre kosmyki w pewnym momencie zaczęły się lepić do jej czoła. Z kolei ziąb nie dokuczał aż tak bardzo, kiedy głośno kibicowało się całym sobą oraz cieszyło z kolejnych, zdobytych przez Stoki dziesięciu punktów do przodu.
Złoty znicz śmignął nieopodal trybuny, na której siedziała. Wstrzymała oddech, widząc, jak ścigający drużyny z Glasgow zbliża się do celu. Jak wyciąga rękę, napinając mięśnie, tym samym zaklinając dystans, który dzielił go wciąż od znicza. Zdała sobie sprawę, że od tego pełnego napięcia momentu, w myślach życzyła mu jak najgorzej. Nie była do końca pewna, czy jakaś niewidzialna siła wysłuchała jej gorących próśb, czy to ścigający Srok czekał do ostatniego momentu, aby wtrącić się i pewnym, mistrzowskim zagraniem, pochwycić złoty znicz prosto sprzed nosa przeciwnika. Liczył się efekt. Gospodarze wygrali, a Lestrange dała się ponieść fali radości.
Zobaczył ją roześmianą, żywo dyskutującą z kimś, kto siedział na  miejscu obok, a tego, czego nie potrafiła wyrazić, jako że Quidditch wciąż miał przed nią pełno zagadek, zwłaszcza od strony technicznej, dopowiadała gestami. Zdecydowanie nie była tak radosna podczas wspólnego obiadu, który miał miejsce kilka dni temu. Wydawać by się mogło, że z racji korzeni oraz nazwiska, powinno być na odwrót. A jednak, nic bardziej mylnego.
Błyszczały jej oczy, kiedy zbliżyła się do Evana. Miała mokre włosy i rękawy czarnej, eleganckiej szaty, ale przecież to było nie ważne.
- Oczywiście. Nie spiesz się - odparła, nie zatrzymując go na długo. Drużyna na pewno chciała świętować i powinien być tego częścią.
Bogatsza o znajomość kilku przyśpiewek, które damie na pewno nie wypada powtarzać w kuluarach, zeszła z trybun na plac, gdzie ci najbardziej zagorzali kibice oklaskiwali powoli wychodzących z szatni zawodników Srok. Trzymała się z tyłu, to było jego pięć minut, z których powinien się cieszyć na własnych zasadach. Nie chciała przytłaczać Evana swoją obecnością, tak samo on nie powinien się w żaden sposób czuć zobowiązany. Deszcz odpuścił, z ulewy przekształcił się w mżawkę. Na jak długo? Ciężko stwierdzić, aczkolwiek ciężkie chmury nadal zakrywały niebo i prawdopodobnie można byłoby się pokusić o stwierdzenie, że burze nie powiedziały ostatniego słowa.
Emocje, które wzbudził w nią mecz, wciąż były w niej żywe kiedy Evan kierował się w jej stronę. Pod wpływem chwili, radości oraz dumy, w pewien sposób rzuciła mu się na szyje, pamiętając, aby nie zaciskać palców na obolałym od tłuczka barku.
- To.. To było niesamowite! Wasz szukający złapał znicz w dosłownie ostatnim momencie, gdyby się zawahał, przeciwnicy byliby piersi. I ten strzał kaflem prosto w tłuczek, który dał Wam setny punkt. Jak to możliwe, że trafił z nieswojej połowy boiska!? - nie pilnowała słów, tego, aby ton głosu był wyważony. Prawdopodobnie po raz pierwszy odezwała się tak, jak dyktowało jej serce, tłamsząc nabyte odruchy i pozbywając się beznamiętnej maski.


RE: Stadion Srok z Montrose - Evan Rosier - 05-22-2020

Podobnie jak ona, Rosier nadal był pod wpływem euforii, która nie opuściła go nawet na moment, gdy przebywał w szatni wśród rozemocjonowanych kolegów i koleżanek z drużyny. Upojony zwycięstwem, zaśpiewał nawet z nimi kilka zwrotek hymnu Srok, zanim do szatni nie zawitał trener, by skutecznie sprowadzić ich na ziemię, krótkim „pamiętajcie, że jutro też jest dzień”, przypominający wszystkim wszem i wobec o jutrzejszym towarzyskim meczu. Jednak, jak to zwykle bywało w takich sytuacjach, chwila koncentracji, nie trwała długo. Kilka minut później znowu wybuchła wrzawa i kolejny raz usłyszał propozycje wspólnego wypadku do baru. Już wcześniej odmówił im wspólnego wyjścia i teraz nie żałował, widząc ją całą w skowronkach.
Radość, która zamarła na ustach, udzieliła się także jemu. Objął ją sprawnym ramieniem w talii w ferworze jej niefrasobliwej radości i zapomniał się odrobinę, co poskutkowało zetknięciem się na moment jego warg z jej rozwartymi w uśmiechu odpowiedniczkami.
- Jak dobrze, że widziałaś ten moment, bo mi umknął. Byłem wtedy na drugim końcu boiska - odezwał się do niej, wpadając jej w słowo, ale chyba chwilowo mógł przystopować z konsensami, skoro ona też pozwoliła sobie na rozluźnienie. – Ach, to jeszcze nic - machnął ręką, jakby odganiał o siebie i przy okazji od niej niepokornego owada. Był zdziwiony, że nigdy wcześniej nie była na meczu podobnego kalibru, skoro tak bardzo fascynowała się qudditchem. Raymond odmawiał jej tej przyjemności? On nie zamierzył. Zakodował sobie w głowie, żeby kiedyś zabrać ją na rozgrywki międzynarodowe.  – Mów wolniej. Nadal szumi mi w uszach i jestem nieco oszołomiony - wyznał ukontentowany jej nietypowym entuzjazmem, który wcale a wcale mu nie przeszkadzał, wręcz przeciwnie - dowartościował go w podobnym stopniu, co sama wygrana. – Proszę, to dla ciebie.
Wręczył jej mały, niewyszukany bukiecik, który trzymał w drugiej dłoni. Składał się wyłącznie z irysów - granatowych i fioletowych. Kwiaty były świeże. Zerwał je tuż przed meczem i związał czerwoną wstążką.
- Za boiskiem jest pole irysów - wyjaśnił, napotykając jej spojrzenie. - Chciałem cię tam zabrać, ale obecna pogoda nie sprzyja spacerom.
Nie padało, ale był pewny, że lekka mżawka zaraz na powrót przerodzi się w ulewę. Nie chciał, by przemknęła do suchej nitki, co wiązało się z dalszymi, zdrowotnymi i w jej przypadku nieprzewidzianymi konsekwencjami. Wiedział przecież, że była słabego zdrowia. Jej śmierć tuż przed ślubem nie była mu na ręka. I to jeszcze z jego winy. Na Salazara, miałby wtedy na karku nie dość, że jej rodziców, to jeszcze własną matkę, która skutecznie utrudniłaby mu egzystencje. Łudził się zatem, że taka mała namiastka tego kwiecia ją zadowoli.  Czy nie w podobnym sposób ojciec wynagradzał matce kolejną noc poza domem, którą spędził najpewniej w kasynie, w objęciach alkoholowego upojenia? Ciekawa, czy podobna sztuczka podziała na Adorę. Fedorę nie dało się tak obłaskawić.


RE: Stadion Srok z Montrose - Adora Lestrange - 05-22-2020

To był moment. Ułamek sekundy, tej zdecydowanie niesfornej, który prawdopodobnie wymknął się spod sztywnych zasad, jakie na co dzień przyświecały tak samo jemu, jak i jej; dotyk ust Evana na jej wargach był tak samo niespodziewany, co zaskakująco miły. Nie chciała puszczać go w niepamięć, nawet, jeśli skutkować miało to prawdziwym zawrotem głowy przez mnogość sprzecznych sygnałów, z jakimi jak dotąd spotykała się ze strony przyszłego małżonka.  
- No tak. Czy to był ten moment, w którym znokautowałeś i wykluczyłeś na chwilę z gry jednego z pałkarzy przeciwników? - odsunęła się od niego, aby gestem, w powietrzu, zobrazować tę zagrywkę, której jeszcze nie potrafiła nazwać. Roziskrzone oczęta szybko powróciły do Rosiera, oczekując na potwierdzenie lub sprostowanie.
- Czy raczej, kiedy kilku ścigających wpadło na siebie na miotłach? Jakim cudem utrzymali się na nich oraz w powietrzu? - miała tyle pytań! Jak słusznie zauważył, Adora w zupełności nie dbała o konwenanse. Wbrew pozorom, nie trzymała się ich kurczowo na każdym kroku. W miejscu, takim jak to, podczas zdrowej, sportowej rywalizacji, nie było sensu ograniczać się do zachowania, z których nie miałaby najmniejszej radości z uczestnictwa w meczu, a także szans na wspólne przeżywanie tego, jak potoczyła się rozgrywka z drużyną, której kibicowała oraz cała rzeszą ich wiernych kibiców. Przez moment naprawdę poczuła się ich nierozerwalną częścią, co dało jej przeżycie, które zapamięta na długo. Potrafiła wychodzić z roli ułożonej, młodej damy i prawdę powiedziawszy, robiła to często, tym bardziej, jeżeli miała pewność, że pozostanie w swoich śmiałych poczynaniach anonimowa. A o tę, naturalnie, najłatwiej było w radosnym tłumie.
- Wybacz. Jeżeli chcesz, możemy chwilę posiedzieć i pooddychać morskim powietrzem. Ten, kto zdecydował, aby stadion powstał na wyspie na środku morza, był geniuszem - chyliła czoła przed kunsztem konstruktorów i osób decyzyjnych. Ktokolwiek za tym nie stał, musiał mieć zmysł estetyczny godny rasowego artysty.
Po raz kolejny zrobił coś, czego się po nim nie mogła spodziewać. Sięgnęła po wiązankę. Fakt, że Evan zadał sobie trud, aby samemu zerwać irysy, a także zebrać je w bukiet, czynił go wyjątkowym.
- Dziękuję. Jest piękny - irysy pachniały intensywnie, w normalnych, formalnych okolicznościach, powinna w podziękowaniu wspiąć się na palce i złożyć na jego policzku oszczędny pocałunek, a ponieważ dzisiejszego dnia nic nie układało się tak, jak można było oczekiwać oraz zakładać, panna Lestrange po prostu ukryła twarz w bukieciku, gdyż ten, właśnie swoją prostotą, trafił w punkt.
Evan nie był swoim ojcem, który wracał po całej nocy w kasynie, z kolei ona nie była jego matką, zmuszoną tolerować nałóg męża, uznała więc, że ten był szczery w swoich chęciach. Doceniła ją z nawiązką.
- Masz rację, w każdej chwili może się na nowo rozpadać, ale chyba jeszcze coś pamiętamy z lekcji zaklęć z Hogwartu i deszcz raczej nie powinien być nam straszny? - miała odmówić sobie spaceru wśród żywych, kwitnących irysów? Nic z tego! Dla podkreślenia, że nie straszna jej temperatura, otuliła się szczelnie szalem w barwach Srok i obejrzała na Evana. Ostateczna decyzja należała i tak do niego.


RE: Stadion Srok z Montrose - Evan Rosier - 05-22-2020

Nie sądził, że qudditch wzbudzał w Adorze takie emocje. Myślał, że biorąc udział w rozgrywkach amatorskiej ligii qudditcha, chciała mu udowodnić, że stać ją absolutnie na wszystko, by uprzykrzyć mu żywot, a tu proszę. Może źle ją ocenił? Może istniała możliwość,, że zrobiła to dla własnej przyjemności i satysfakcji.
- To był ten moment, w którym - taki jeden głupi Gryfonpałkarz przeciwnej drużyny mnie znokautował i na chwilę wykluczył  z gry - poprawił ją, ale nawet wspomnienie tej porażki nie zrujnowało mu dobrego samopoczucia. Satysfakcja, którą odczuwał ten szlamoliz, pewnie zaraz wyparowała, gdy sędzia odgwizdał koniec meczu i zakomunikował, że wygrała drużyna Srok. Odczuwalny przezeń ból barku nie był aż tak dokuczliwy, jak świadomość porażki, która dla Louise'a Poole'a musiała być niemałym wstrząsem. Sam nie byłby zachwycony, gdyby Sroki przegrały z Grim na własnym stadionie, wśród swoich kibiców, kiedy na trybunach była obecna ona. Potrafiłby w jej towarzystwie zachować twarz po takiej sromotnej porażce? Jak dobrze, że nie musiał się o tym przekonywać na własnej skórze, przynajmniej na razie.
- Amortyzacja uderzeń jest podstawą umiejętnością, którą nabywała się w trakcie treningów. Pewnie gdyby któryś z nich spadł z mioty w trakcie takiego pospolitego wypadku, przez resztę sezonu nie zgrałby na oficjalnych spotkaniach - wytłumaczył jej cierpliwie, bo poniekąd rozumiał, choć nie podzielał jej ekscytacji. Będąc dzieckiem, chodził z ojcem na mecze (Fedora nigdy nie przepadała za tym sportem, ani inną formą aktywności fizycznej, gdzie ktoś mógł nabawić się stałego uszczerbku na zdrowiu, a nawet skrajnych przypadkach stracić życie) i każda podobna akcja aktywowała w nim fale nieposkromionych emocji, nad którymi trudno było zapanować. Dopiero później zrozumiał, jakie to było infantylne zachowanie. Nie chciał jednak studzić zapału narzeczonej, skoro w końcu mógł podziwiać ją w bardziej przystępnym świetle, pozbawionej opór przed demonstracją emocji. W takim wydaniu wyglądała znacznie lepiej.
- Mam rozumieć, że lubisz morskie powietrze? Jak dobrze. W Brighton będziesz mieć go pod dostatkiem. Ponoć korzystanie wpływa na zdrowie - zasugerował niezobowiązująco, nawiązując bardziej do niegdysiejszych słów własnej matki, która wielokrotnie spotwarzała, że morski klimat ma zbawienny wpływ nie tylko na jej zdrowie, ale też samopoczucie.
Wręczenie kwiatów traktował jak eksperyment, a jej reakcja nie zawiodła jego oczekiwań. Po tym, jak Adora ucięła sobie krótką, aczkolwiek, biorąc pod uwagę skaleczony palce, intensywną rozmowę z różami, wywnioskował, że kwiaty lepiej nadadzą się na prezent niż choćby drogi element biżuterii; takowych drobiazgów miała zapewne pod dostatkiem, wszak Raymond na niej nie oszczędzał. Krzywiąc zęby w uśmiechu, odnotował w głowie, że w kontakcie z nią drobniejsze gesty będą czasem lepszą formą przeprosin niż kosztowne przedmioty.
- Mogłem przewidzieć, że tak to się skończy. Nie potrzebnie ci o tym wspominałem.
Ale nie przewidział i wspomniał. Był pewny, że Adora w końcu zademonstruje mu oblicze rasowej panny Lestragne i wybije mu z głowy jakiekolwiek spacery, bo przecież panna z dobrego domu nie powinna spacerować w strugach deszczu. Doceniał sam fakt, że pojawiła się tutaj bez przyzwoitki. Nie musiała poświęcać się bardziej, ale skoro taka była jej decyzja...
- Tędy - zasugerował kierunek przez mokrą murawę. Z premedytacją, bo przecież istniała jeszcze inna droga. Dłuższa, okrężna, wokół trybun, ale wymagałaby większego nakładu czasu, a jednak wolał jak najszybciej załatwić ten punkt programu.


RE: Stadion Srok z Montrose - Adora Lestrange - 05-24-2020

- Na pewno przestało być mu do śmiechu, kiedy musiał uścisnąć Twoją dłoń i pogratulować zwycięstwa po meczu - odparła, uznając,że nie warto wspominać o swojej znajomości z Louisem Poole. Prawdopodobnie i tak do uszu Evana w pewnym momencie dotarły plotki, jakoby ich dalsza kuzynka, Danielle, spotykała się z wtedy jeszcze Gryfonem, nie mniej zostały one dość szybko ukrócone i ostatecznie, domniemany związek rozpadł się niczym domek z kart.
- Zdecydowanie. Pewnie nigdy nie zwróciłeś na to uwagi, ale morskie powietrze i pachnie, i smakuje zupełnie inaczej, niż to w środku lądu. Miło będzie więc obudzić się rano i wpuścić je do środka domu - ostrożnie obchodziła temat ich ożenku. Budził niepotrzebnie zbyt wiele sprzecznych emocji, nie chciała więc im ulegać, zwłaszcza, że nie mogła się oprzeć wrażeniu, iż dzisiejszy dzień jest wyjątkowo łaskawy w dostarczaniu sposobności, aby lepiej poznać swojego przyszłego małżonka. Prawdopodobnie zmiana otoczenia, wyjście na neutralny grunt, gdzie nikt i nic ich nie ograniczało, dobrze zrobiło zarówno jej, jak i Rosierowi.
Miał racje. O wiele bardziej doceniała drobne gesty, taki, które wymagały większego zachodu niż wskazanie palcem pary kolczyków z wystawy sklepowej. W ich wystawnym otoczeniu, o wiele trudniej było o chęci, aby poświęcić komuś swój czas i bezdyskusyjnie pełnie uwagi, niż wręczyć prezent, łudząc się, że kosztowe świecidełka będą wymowne same w sobie.
- Mogłeś, ale tego nie zrobiłeś. I teraz musisz ponieść konsekwencje swojej decyzji... No dalej, Evan. Nie daj się prosić - od początku nie było między nimi dystansu, tak więc i teraz, bez większego skrępowania, pociągnęła Rosiera za rękę w stronę murawy. Puściła ją, kiedy weszli na oświetlony okrąg boiska. Zadarła głowę, aby przyjrzeć się wysokim wieżom z trybunami, kiedy przechodzili obok nich. Były wysokie i strzeliste, nic więc dziwnego, że doskonale widziano z nich nie tylko to, co działo się w powietrzu w trakcie meczu, ale również wielkie, morskie fale.
Nawet, jeśli narzucił szybkie tempo spaceru, nie miała większych problemów z dotrzymaniem mu kroku. Zatrzymała się dopiero na skraju pola, które odsiane było dziko kwitnącymi irysami. Ciężko było iść dalej, nie depcząc kwiatów. Adora przeskoczyła kawałek dalej, obracając się ku czarodziejowi. Wraz z ruchem jej szaty, zawirowały także niebieskie i fioletowe kwiecie, co Lestrange skwitowała radosnym parsknięciem.
- Twoja matka głośno przyklasnęła piwoniom w bukiecie ślubnym, myślę jednak, że będzie mi musiała wybaczyć, bo zamierzam w dniu ceremonii teleportować się dokładnie tutaj i nazrywać kilka irysów do wiązanki.... - ucięła, czując na sobie uważne spojrzenie Evana. Adora lekko wzruszyła ramionami.
- ... Choć jedna rzecz w tym dniu powinna być po mojej myśli - dodała, ubarwiając przekaz wilim, niewinnym uśmiechem.


RE: Stadion Srok z Montrose - Evan Rosier - 05-24-2020

- Przyzwyczajanie. Niemalże wszystkie posiadłości mojej rodziny leżą nieopodal wód - zauważył, podobnie jak ona na razie unikając tematu ich ożenku. Nie chciał przerywać tej sielankowej, luźnej atmosfery, która najwidoczniej udzieliła się im obu. Tu, gdzie nie musieli mierzyć się z wygórowanymi oczekiwaniami i zważać na każde słowo oraz pojedynczy gest, czuć było namiastkę ciepła, pomimo okropnej pogody.
Narzucone przezeń tempo, przeciwieństwie do trasu ciągnącej się przez podmokłą murawę, nie było podyktowane złośliwością adresowaną ku narzeczonej. Poddając się rozluźnieniu, na moment się zapomniał i skorzystał ze swojego zwyczajowego, szybszego chodu, którym posługiwał się na co dzień, a przecież nie taki było jego pierwotne zamierzenie. Zatrzymał się, gdy kobieta została kilka kroków z tyłu i poczekał aż wyrówna z nim krok, a potem zwolnił nieco, by szła tuż obok. W tym celu nadal zacisnął delikatnie palce na jej dłoni. Obecna temperatura dała się jej we znaki, nie była taka ciepła jak zazwyczaj.
- Chcesz mieć na pieńku z moją matką? Nie da ci spokoju, gdy tak nagle pokrzyżujesz jej szyki - do czujnego spojrzenie Rosiera wkradło się rozbawienie, które odcisnęło się także na jego ustach w charakterze uśmiechu. – To żmija w ludzkiej skórze. Da ci w kość za tą niesubordynacje, zobaczysz - skwitował krótko bez zająknięcia szkalując własną matkę. Narzeczona znowu zyskała w jego oczach. Kto by pomyślał, że ułożona panna Lestrange mogłaby być jednocześnie taka krnąbrna. Podmiana bukietu w dniu ślubu? Cóż za splendor! Toć to na kilometr trąciło mini skandalem. Nie podejrzewał ją o złośliwość rasowego chochlika  kornwalijskiego. – Nie musisz się fatygować taki kawał drogi - podsunął. Zniknięcie panny młodej na kilka godzin przez ceremonią zaślubin zapewne zostanie zauważone. Nie daj Salazarze, niekorzystne warunki atmosferyczne zepsują misternie ułożoną fryzurę, albo dzieło mistrza krawiectwa. O ile Fedora w końcu przebaczy jej nieposłuszeństwo względem bukietu, o tyle nie będzie tak pobłażliwa w kwestii sukni czy fryzury. Rosier nie miał ochoty stawać pomiędzy narzeczoną a matką, jak tej odbije i wpadnie w furię. – Sam ci je dostarczę - obiecał – pod warunkiem, że pozwolisz mi na bycie wspólnikiem tej zbrodni.
Ileż to razy doprowadził matkę do białej gorączki? Brakłoby placów w obu dłoniach, by zliczyć takowe sytuacje. Według niej małżeństwo z Adorą było jedyną właściwą decyzją, jaką podjął.
- Nie chcę burzyć tego szczęścia, ale - zawsze musiała być jakieś "ale", czy to im się podobało, czy też nie – chciałbym przy okazji naszego spotkania poruszyć pewną kwestię - wypalił nagle, niespodziewanie. Pomimo ilości spożytego alkoholu, nadal pamiętał każdego słowa, które uleciało z ust ich wspólnej kuzynki. – Co planujesz, Adoro, w związku z pracą na rzecz rezerwatu dla jednorożców?


RE: Stadion Srok z Montrose - Adora Lestrange - 05-24-2020

O tym, że Fedora nie miała najlepszych relacji z synem, było nie tyle na salonie, co w rodzinnych kręgach, tajemnicą poliszynela. Choć Adora nigdy nie dociekała, czy tym podobne plotki mają w sobie ziarno prawdy, a jeśli tak, skąd by  ono kiełkowało, właśnie zyskała potwierdzenie, że lady Rosier nie należy do najprzyjemniejszych person.
Wsparła wolną od najpiękniejszej wiązanki dłoń na biodrze. Mógł domyślać się po jej postawie, tym, jak pewne siebie wydawały się jej słowa, że Adora ani myślała odpuścić.
- Nie chcę sprawiać Twojej matce przykrości, nie mniej musi się ona w końcu pogodzić z myślą, że nie będzie miała prawa kierować naszym życiem. Są granice, które nie życzę sobie, aby przekraczała tak samo Twoja, jak i moja matka, czy nasi ojcowie - była cierpliwa oraz tolerancyjna w związku z organizacją ceremonii ślubnej. Już i tak wykonała spory ukłon w stronę Fedory, godząc się, aby pobrali się w ogrodach rezydencji Rosierów. Nie mniej, im bliżej było wyznaczonej daty, tym na więcej naciskała lady Rosier, co zaczynało jej przeszkadzać.
- Bez obaw. Nie boje się jej zagrywek - urwała, odruchowo rozglądając się na boki. Choć w zasięgu wzroku nie było żywej duszy, nie pozwoliła się zwieść pozorom. Przeskoczyła raz, drugi, omijając w większości irysy, aby na nowo zrównać się z Evanem. Adora wspięła się na palce, zbliżając usta do uszu czarodzieja, gdy ten pochylił się ku niej.
- Niech tylko spróbuje sprawić mi, bądź Tobie przykrość, a te wszystkie piękne, różane krzewy znikną z ogrodów w naszym domu i zastąpię je niepozorne, fioletowe i niebieskie irysy - wyszeptała obietice niczym jedną z tych najszczerszych wieczystych. Mógł wierzyć jej na słowo, gdyż Lestrange nie rzucała ich na wiatr.
Uśmiech się jej poszerzył w odpowiedzi na propozycję Evana. Choć miała nadzieję na chwilę wytchnienia w dniu ślubu, nie zamierzała protestować.
- Sprawisz mi ogromną przyjemność przynosząc w dniu ślubu moją wiązankę - mało tego. Gotowa była poprzeć tę zbrodnię rzadko praktykowaną, a jednak wciąż istniejącą w pewnych kręgach tradycję ślubną, która to zakładała, że przyszli małżonkowie widząc się po raz pierwszy nie przed ołtarzem i mistrzem ceremonii, a w domu panny młodej. Z drobną pomocą matki, będzie w stanie wcielić ich wspólny plan w życie.
Zdecydowanie, wiele dzisiaj zyskał Evan w jej oczach i nawet nawiązanie do rezerwatu jednorożców oraz jej zobowiązań względem nich nie popsuło sielankowego nastroju, któremu uległa.
- Dostałam pewną propozycję z Ministerstwa Magii. Z rekomendacji mojego przełożonego z rezerwatu, proponują mi staż w Departamencie Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami w komisji, która odpowiada za klasyfikację magicznych stworzeń. Jeszcze nie podjęłam decyzji, ale chętnie poznam Twoje zdanie na ten temat... Jeśli zaś wolałabyś, abym w ogóle zrezygnowała z zawodowej aktywności, powiedz mi o tym proszę teraz - otwarcie. Wprost. Choć w tym temacie będzie mogła wiedzieć czego się spodziewać i z czym musi się pogodzić.


RE: Stadion Srok z Montrose - Evan Rosier - 05-24-2020

- Uwierz albo nie, ale prędzej czy później sprawisz jej zawód, wiec na twoim miejscu nie starałbym się aż tak bardzo ją zadowolić - przyznał z prostotą, nie śląc się nawet na subtelności. Choć szanował Fedorę, to jednak ich zdania były na tyle podzielone, że nie miał zamiaru jej dogadzać. Już nie. Wystarczy, że w dzieciństwie przymusiła go do gry na tym idiotycznym instrumencie. – To twój ślub, Adoro. Niespełnione ambicje mojej matki to tylko jej ból głowy, nie nasz. Jeśli pozwolisz jej na zbyt wiele, wejdzie ci na głowę.
W przeciwieństwie do narzeczonej nie był tak ostrożny w wyrażeniu swoich spostrzeżeń. Nie dbał o to czy byli sami. Obecnie mówił, co myślał, a słowo przeciskały się przez gardło bez najmniejszego trudu. Pilnował się tylko odrobinę. Zważał na słowa, aby niczym jej nie urazić, aby jej wrażliwe na dźwięki uszy nie zostały skalane żadnym paskudnymi określeniami..
Zatrzymał się nagle, gdy wspięła się na palce, choć nie wyłapał momentu, kiedy oddech Adory otulił jego skóry. Wiatr robił to na każdym kroku. Było wietrznie.
- Kochana, umiem o siebie zadbać - zapewnił, tłumiąc w sobie rozbawienie po tym, jak z jej ust padła ta deklaracja. Zaiste, matka dostałaby najprawdopodobniej wylewu albo zawału, gdyby jej ukochane róże zostały zastąpione przez irysy, ale nie miała na to wypływu. W momencie, gdy przypieczętują przysięgę małżeńską zgodnym „tak”, letnia rezydencja Rosierów stanie się ich własnością, a przynajmniej taką umowę zawarł z ojcem, który na jego oczach podpisał stosowane dokumenty. Musiał tylko przypilnować, by trafiły we właściwie ręce. – I sprawiasz mi ogromną radość, zgadzając się na taki układ - zapewnił, bo w jego głowie już narodził się plan zagłady dobrego humoru matki, który jednak nie zakładał obecności irysów w wiązance ślubnej, a róż z jej prywatnego ogrodu okalającego główną rezydencje, tak pieczołowicie przez nią pielęgnowanych bez niczyjej pomocy. Nikomu nie pozwalała tam przebywać, nawet niezadowolonemu z tego faktu Bajdzie. Zadrapania na jej skórze doprowadzały skrzata od zawrotów głowy, nawet jeśli te szybko znikały z jej przedramion, gdy pozbywała się ich przy użyciu pospolitego episkey.
Wzrok, do tej pory lawirujący pod deszczowym krajobrazie, spoczął znowu na obliczu kobiety. Doszukiwał się na jej twarzy jakikolwiek przekształceń czy uchybień od normy, sprowokowanych zmianą tematyki ich rozmowy, ale takowych nie uświadczył. Nadal była promienna.
- Posada w Ministerstwie - skrzywił się na samą wzmiankę o tej instytucji pełną biurokratów, która wywołała u niego wspomnienia w charakterze piętrzących się na biurko papierów wymagającej pilnej uwagi pióra. Zwykle, zamiast rzucać się w wir powierzonych mu obowiązków układał je w zgrabne, ale niewierne repliki wieży Eiffla, doprowadzając tym samym do szewskiej pasji przełożonych. Albo pluł im do kawy razem z nieustępującą mu w tej dyscyplinie sportowej Rockers. – To twoja decyzja. Nie mam zamiaru w nią ingerować, a nawet zabraniać ci na rozwijanie zawodowej kariery. Moja matka jest żywym przykładem na to, że można pogodzić obowiązki służbowe z domowymi. Zastanów się jednak, czy na pewno chcesz rezygnować z towarzystwa jednorożców.
Zrobił to, o co prosiła - podzielił się swoją opinią, niejednoznacznie dając jej wolną rękę. Dzięki temu zagwarantuje sobie chwilę spokoju, gdy skończy się sezon ligowy, a ona będzie w pracy. Im mniej czasu będą ze sobą spędzać, tym lepiej dla nich obu.


RE: Stadion Srok z Montrose - Adora Lestrange - 05-31-2020

Ściągnęła usta w wąska kreske. Chciała po dobroci, niestety, najwyraźniej nie będzie jej to dane. Czy wobec brutalnej rzeczywistości, poczuła się zawiedziona? Niekoniecznie. Wrogość Fedory, to, że swoimi wyborami może nadepnąć na odcisk matce Evana, paradoksalnie, stwarzało prostą ściężkę, aby zbliżyć się do Rosiera. Sojusz ze swoim przyszłym mężem był ważniejszy, nawet, jeśli miał zostać on okupiony włosami wyrywanymi z głowy przez samą jeszcze lady Rosier. Świadomość, że z czasem, gdy Evan odziedziczy schedę po swoim ojcu, a ona wyda na świat potomka, będącego ich dziedzicem, wytroni ten tytuł z rąk Fedory, przejmując go z jakże miłą dla wilego serduszka przyjemnością. Być może dostrzegł ten błysk, przypominający chochliki w jej spojrzeniu, gdy uśmiechnęła się pod nosem, podsumowując swój stosunek do teściowej.
- W to nie wątpię - odparła, wierząc, że przez lata Evan stał się prawdziwym mistrzem w doprowadzaniu matki do szalu, ale także unikaniu konsekwencji. Z gracją godną zawodowego gracza w Quidditcha, którego nie imały się żadne tłuczki. Chętnie usłyszałaby więcej, jednocześnie poznając Fedorę przez przyamt kogoś, kto musiał z nią do pewnego momentu żyć na co dzień, nie mniej był to temat, który najchętniej poruszyłaby w zaciszu ich niebawem wspólnego domu, gdzie siedząc pochyleni nad butelką brandy, Evan mógłby swobodnie znuć opowieści. Być moze warto rozważyć tę spotkanie, o ile napięty w rozgrywki ligowe terminarz jej narzeczonego na to pozwoli. Szkoda, że zdecydował się ją po raz pierwszy zaprosić na oficjalny obiad. Brak sztywnych zasad, tych wszystkich ceregieli, w których na co dzień poruszała się bez potknięć, był miłą odmianą.
- Zatem postanowionę. Bukiet ślubny pozostawię Tobię, oczywiście o tym, że to Ty dostarczysz kwiaty, poinformuję Twoją matkę w dniu ślubu. Niech jeszcze przez chwilę myśli, że ma i nad tym kontrolę - nie miała zbyt wiele do stracenia, dlatego też niespodziewanie i bez zawahania, przyciągnęła Rosiera do siebie, tak ze dystans pomiędzy nimi skrócił się niebezpiecznie. Zmrużyła oczy i choć mogły mu przez myśl przemknąć ostrzegawcze myśli, jako że miał przed sobą pół wilą naturę w ciele czarownicy, Adora jedynie pokręciła głową, wspinając się na palce, aż jej nos nie trącił jego.
- Ufam, że to początek owocnej współpracy, Evanie - powiedziała prosto w jego usta, po czym cofnęła się o krok. Nie kokietowała, wyłącznie postawiła na gest, którego się nie spodziewał, a dzięki temu zyskała jego pełną uwagę oraz pewność, że słowa wryją się w jego pamięć, zniekształcając obraz, który musiał się pojawić w jego wyobraźni, gdy sklejał zlepek niepełnych informacji na jej temat. Uchodzenie za niewiniątka sprawdzało się na salonach, nie zamierzała jednak zgrywać przed Rosierem kogoś, kim nie był.
Splotła ze sobą dłonie za plecami. Znów stała w miejscu, z którego umknęła dosłownie przed sekundą, muskając nieznacznie rosnących ku górze irysów.
- Szczerze wątpię, abym odnalazła się w ministerialnych realiach, nie mniej zdaje sobie sprawę, że posada urzędnicza bardziej przystoi mężatce arystokraty. Pytanie, czy właśnie takiej żony pragniesz? Wpasowującej się w schematy, oczekiwania otoczenia i stawianej za wzór nieokrzesanym kuzynkom? - zdradź mi, póki masz szansę, abym odegrała rolę swojego życia, dzięki której i Ty, i ja, zyskamy spokój i możliwość zamknięcia się przed tym zakłamanym środowiskiem w bezpiecznych, czterech ścianach rezydencji, gdzie nawet nie będziemy musieli się mijać i na siebie patrzeć, jeżeli taka będzie nasza wola. Niewypowiedziane słowa, z łatwością mógł wyczytać z jej spojrzenia, jak i wydobyć z głębi oczu. Nie kryła się z nimi, ten jeden raz nie musiała.


RE: Stadion Srok z Montrose - Evan Rosier - 06-01-2020

Element zaskoczenia, który mu zafundowała, nie wybił go z rytmu, ale pozwolił jej uwierzyć, że poniosła zwycięstwo. Nawet dostrzegł cień satysfakcji w postaci błysku, który pojawił się w jej spojrzeniu, ale nie ugiął się pod naporem jej wdzięku. Jakby całkowicie odporny na willi urok, pozwolił Adorze na wycofanie się, ale tylko na kilka sekund. Po ich upływie zacisnął dłoń na wątłym ramieniu i przyciągnął ją ku sobie, wbijając spojrzenie w błękit jej oczu.
- Próbujesz mnie oczarować? - Ironiczny grymas wykrzywił jego usta, kiedy palce drugiej dłoni zakleszczyły się na jej podbródku. Odrobinę za mocno. Nie miał wątpliwości, że na jej skórze, wilgotnej i chłodnej od deszczu, pozostanie ślad po tej konfrontacji, który zniknie po upływie kilku dni. – Jeżeli chcesz utrzymać zadowalający efekt, Adoro - zbliżył swoją twarz do jej twarzy, pozostawiając między ich ustami kilkucentymetrową przestrzeń  - musisz się bardziej postarać - dodał, a jego spojrzenie dopowiedziały resztę - Ale za mną nie pogrywaj.
Rzucał jej wyzwanie? Być może. Poniekąd był ciekawy, na ile było ją stać. Na razie pokaz jej umiejętności był mierny. Wille, na które dotychczas się natknął, dysponowały większymi zasobami uroku osobistego i wdzięku. Panna Lestragne na ich tle wypadała blada. Jakby kaczka chciała udawać łabędzia.
Rozluźnił uścisk dopiero po chwili, ostatecznie nie łącząc ich ust w pocałunku. Pozwolił jej umknąć i zachować stosowany dystans, jednocześnie ugaszając z ust wcześniejszy uśmiech. Tym razem jego twarz nie wyrażały niczego. Jakby wcześniejsza radość całkowicie się z niego ulotniła. Jak powietrze z przebitego balonu.
- O czym mówiliśmy? – Wymowna pauza, którą spożytkował na kontemplacji oblicza narzeczonej. Naprawdę myślała, że uśpij jego czujności? Że pójdzie jej aż tak łatwo? Ani przez moment nie zapomniał, kim była. – Ach, tak, pozory, Adoro, musimy zachować pozory. Reputacja jest ważna. Chcę, żebyś w oczach innych nadal uchodziła za pannę z dobrego domu, nawet jeśli drzemie w tobie chochlik. Wpasuj się w schemat i w oczekiwania otoczenia. Stań się wzorem do naśladowania. Przykładną żoną, a potem także matką. Tego właśnie od ciebie oczekuję - odpowiedział, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Atmosfera sielanki zniknęła. W powietrzu pojawiło się napięcie. Przez niebo przeszedł pierwszy grzmot, który na moment oświetlił jej bladą twarz. – Daję ci wolną rękę. Nie zamierzam cię kontrolować, ale nie będę ci na każdym kroku pobłażać, mon chéri. Z każdego potknięcia wyciągnę konsekwencje. W domu możesz pokazywać pazury, ale na zewnątrz masz być tak precyzyjna jak mechanizm w zegarku. Od tego zależy twoje szczęście. Pojmujesz, prawda? - spytał, przywołując na usta ugrzeczniony, jakże fałszywy uśmiech, który nie miał nic wspólnego z szczerością. - A teraz wracajmy. Zaraz się rozpada. Nie chcę, żebyś zmarzła, albo nie daj Salazarze, zachorowała. Jak wtedy spojrzę w oczy twojemu nadopiekuńczemu ojcu?

ztx2