Magic Lullaby
Sypialnia Elizabeth - Wersja do druku

+- Magic Lullaby (http://magiclullaby.pisz.pl)
+-- Dział:
Londyn
(http://magiclullaby.pisz.pl/forumdisplay.php?fid=11)
+--- Dział: Magiczny Londyn (http://magiclullaby.pisz.pl/forumdisplay.php?fid=15)
+---- Dział: Mieszkania i posiadłości (http://magiclullaby.pisz.pl/forumdisplay.php?fid=41)
+----- Dział: Apartament Elizabeth Keen (http://magiclullaby.pisz.pl/forumdisplay.php?fid=312)
+----- Wątek: Sypialnia Elizabeth (/showthread.php?tid=1835)



Sypialnia Elizabeth - Elizabeth Keen - 02-21-2021

[Obrazek: 39928_thumb_b600.jpg]

Sypialnia Elizabeth



Okna sypialni wychodzą na jaśniejszą i spokojniejszą część ulicy. Też zdecydowanie więcej za nimi zieleni. Sypialnia jest bardzo poukładana, a wchodząc do niej, pod naporem idealnie zgranej zieleni z bielą, człowieka ogarnia spokój. Bardzo często w powietrzu unosi się zapach świec lub kadzideł, a na stoliku obok łóżka przewraca się masa książek, które Beth zaczęła czytać i albo jest w trakcie, albo zwyczajnie je porzuciła. Samo łóżko najczęściej okupowane jest przez kotkę czarownicy. Na kilku półkach można tu również dostrzec zdjęcia z czasów szkolnych oraz interesujące przedmioty magicznego pochodzenia - kamienie, kryształy, szkatułki i tym podobne bibeloty. Sypialnia ma bezpośrednie połączenie z łazienką i znajduje się na wyższym piętrze mieszkania.



RE: Sypialnia Elizabeth - Elizabeth Keen - 03-10-2021

/ wieczór, a właściwie noc po balu

Szpilki zrzuciła jeszcze na dolnym piętrze, mając ich zdecydowanie dość. Sowa w klatce w salonie zaskrzeczała, kiedy Beth odnajdywała po ciemku włącznik niedużej lampki. Chciała zdjąć z siebie płaszcz i bezpiecznie dotrzeć do schodów. Oczywiście kotka czarownicy zaczęła się im plątać pod nogami, miaucząc z pretensją, gdzie też jej pani tak długo była.
Jednak Beth nie zwróciła uwagi ani na sowę, ani na kota. Może uciszyła je tylko przelotnie, by zaraz potem znów uczepić się Theodora i jego ust. Pociągnęła go za poły szaty, starając się wchodzić tyłem po stopniach. Sprawy nie ułatwiał fakt, że przed wyjściem z balu, złapała jeszcze kilka kieliszków. Musiała, zwłaszcza po rozmowie z Eliasem!
Więc trochę kręciło jej się w głowie. Częściowo przez procenty, częściowo przez endorfiny i radość z udanego wieczoru. Kilka razy przydepnęła swoją sukienkę i niemal przysiadła na stopniach, śmiejąc się ze swojej nieporadności. Ale kilka chwil później byli już na piętrze, dokładnie wykorzystując ściany i siejąc ogólne spustoszenie. Keen kopnęła lekko drzwi do sypialni, by chwilę później opaść na wielkie łóżko i pociągnąć za sobą Theo.
- Nie mogę uwierzyć, że ta impreza się skończyła. Mam wrażenie, że ciągnęła się wieki. - Jęknęła, rozkładając ręce i przymykając oczy. - Czujesz to? Cisza, spokój, jesteśmy sami. Zero wścibskich oczu, prasy, skrzatów... A jutro mam wolne. - Dodała, z błogim uśmiechem, wyraźnie zrelaksowana.
Miło było czuć tę wolność i prywatność. W dodatku z czarodziejem, pochylającym się właśnie nad nią, by skraść kolejny pocałunek. Zamruczała zadowolna, powoli siadając. Z tajemniczym uśmiechem wyplątała się z jego objęć i zaczęła szukać jednego z zapięć z tyłu sukienki. Później kolejne i jeszcze jedno, aż dolna jej część opadła na podłogę, pozostawiając Beth W samej bieliźnie i gorsecie.
- Dalej już sobie sama nie poradzę.- Wyszła z kręgu jedwabnego materiału, którym z lubością zajęła się kotka. Czarnulka cichaczem wkradła się do sypialni, aby nadzorować przebieg wydarzeń i wymownie zajęła miejsce na stercie falban.
Za to druga kotka, ta w ludzkiej formie i z wykształceniem medycznym, zbliżała się właśnie do Bulstrode'a. Przygryzła dolną wargę, próbując odgonić od siebie myśl, że być może jest z nią coś nie tak. Ze on widział już tak wiele kobiet, musiał widzieć. Może nawet jakieś wile, które przecież są znane ze swojego piękna. A ona... Spróbowała unieść z dumą podbródek, by wydawać się pewniejsza siebie. Zdradził ją drżący oddech i rumieniec, widoczny w słabym, ciepłym świetle lampki nocnej.
Nie wiedziała, czy to idealny moment. Może powinni być w tej sytuacji już wcześniej, a może nawet teraz nie powinna do niej dopuszczać. Ale bardzo tego chciała i chociaż bała się, że po wszystkim obudzi się w pustym łóżku, to podjęła to ryzyko. W końcu, jeśli w pełni ufać temu mężczyźnie, to zakręciła mu w głowie.
Ujęła jego dłoń i stojąc tuż przed nim, siedzącym na łóżku, położyła ją na wewnętrznej części swojego uda.


RE: Sypialnia Elizabeth - Theodore Bulstrode - 03-17-2021


1 października 1980, noc po balu


Jakkolwiek by to wyglądało, Theodore obwieścił matce, że ma sprawę do załatwienia. Amelia pytała go czy dobrze byłoby o tak później porze opuszczać Hareford, jednak Bulstrode nie za wiele jej powiedział. Umówiony z Elizabeth nie mógł doczekać się wspólnie spędzonej nocy w jej mieszkaniu. Jakby liczył, że wreszcie przestanie zajmować się jego ranami, tylko nacieszą się swoim towarzystwem jak należy.
Wrócił na bal, aby zaczekać na Keen w cichym miejscu, tam gdzie byli umówieni, by mogła bezpiecznie wrócić do mieszkania. Po wejściu do mieszkania, Elizabeth od razu pociągnęła go do sypialni. Miał wrażenie, że nie było go tutaj wieki.
Nawet nie wiesz jak cieszy mnie fakt, że mogę wreszcie napawać się twoją obecnością bez towarzystwa innych twoich adoratorów. — Mruknął jak wygłodniałe zwierzę, by wpić się w jej usta i smakować jak należy.
Ze świadomością, że mógł ją dotykać, przyjemne mrowienie spełzło mu wzdłuż pleców. Jej łóżko nie było tak sporych rozmiarów jak jego, ale nie przeszkadzało mu to w badaniu każdego zalążka na jaki Elizabeth dawała mu dostęp. Czuł napięcie rosnące gdzieś u dołu, jednak na razie mocno nie zwracał na to uwagi. Potrzebował Elizabeth w całej okazałości.
Zaraz ci z tym pomogę. — Wysapał Theodore.
Zabrał się za ściąganie kiecki, na którą kobieta pewnie swoją małą fortunę wydała. Nie dbał jednak o to, sam mógł sprezentować jej lepszą. I teraz miał pewność, że żadna inna kobieta nie wprawiła go w takie zakłopotanie. Odnosił wrażenie, że to był jego prawdziwy, pierwszy raz i to z kimś kogo darzył ogromnie silnym uczuciem. Nie potrzebował uwagi kobiet, które myślały tylko o dwóch rzeczach: o jego kroczu i pieniądzach.
Kiedy Elizabeth położyła jego dłoń na swoim udzie, Theodore niebezpiecznie ruszył nią ku górze. Obezwładniające ciepło ogarniało Bulstrode'a jakby wlazł do środka wulkanu. Do takiego stopnia zrobiło się gorącą, że zaczął zdejmować wszystkie swoje ubrania. Odwrócił Elizabeth chwytając ją za biodra i położył z powrotem na poduszkach, by złożyć soczyste pocałunki, a gdy już sam był rozebrany do rosołu, spojrzał na twarz Keen, by znaleźć coś w rodzaju zgody.
Panno Keen, jest pani piękna — szepnął nad jej ustami, cmoknąwszy czubek jej nosa.
Uśmiechał się jak dziecko do niej, a słowa cisnęły mu się na język. Próbował stłamsić to co jeszcze nie było w stu procentach pewne. Musiał wiedzieć, że nie będzie stratny.


RE: Sypialnia Elizabeth - Elizabeth Keen - 03-17-2021

Może część z tego, co czuła wywołał alkohol. Może nadmiar wrażeń tego wieczoru wprawił ją w ten dziwny stan. Ale poza oczywistą ekscytacją i podnieceniem, jak na ironię, czuła również ogarniający ją spokój. Tego właśnie chciała, aby tak to wyglądało. Był na wyciągnięcie jej ręki, mogła wtulić nos w jego szyję. Czuła się bezpiecznie, zamknięta w jego ramionach, w swoim własnym apartamencie.
Komplement był tak prosty i (miała taką nadzieję) szczery, że nawet nie wiedziała, jak inaczej mogłaby odpowiedzieć, niż po prostu pocałunkiem. Zresztą dała mu zgodę, na którą czekał, oplatając jego biodra nogami, by znalazł się jeszcze bliżej niej.
- Mam nadzieję, że wziąłeś dzień wolnego, bo szybko cię stąd nie wypuszczę. - Jakiś błysk w ciemnych oczach kobiety zdradził, że coś knuje. Tak jak podczas ich pamiętnej kłótni, wymusiła na nim, by znalazł się pod nią. Ale tym razem sprawy miały potoczyć się zgoła inaczej, a Beth najwyraźniej przyjęła za punkt honoru, sprawienie by Theo zapamiętał tę noc do końca życia.

Poranek był cichy, jak te 1 stycznia, kiedy wszyscy odsypiają jeszcze sylwestrowe imprezy. Należał również do jednych z tych ponurych, jesiennych poranków, a więc nic dziwnego, że Beth z westchnięciem przewróciła się na drugi bok. Obolała i kompletnie niewyspana, wyciągnęła się pod kołdrą, a napędzana wspomnieniami, odszukała po omacku ciało Theo i przylgnęła do niego. Było jej trochę zimno, a wyciągnięcie jakiejkolwiek części ciała spod kołdry zdawało się czystym szaleństwem i masochistycznym ruchem. Za to czarodziej był ciepły i w dalszym ciągu pogrążony we śnie, a więc perfekcyjnie nadawał się na grzejnik.
Odkąd poszli wreszcie spać, Elizabeth nie miała ani jednego koszmaru, co było w ostatnim czasie rzadko spotykane w jej przypadku. Za to teraz, osuwając się na powrót w objęcia Morfeusza, poruszyła się nagle niespokojnie. Raz, a później kolejny. Wymamrotała coś pod nosem, jakby rzucała zaklęcia przez sen. Znalazły się pośród nich uzdrawiające. To były te momenty, kiedy nawet przez sen była opanowana i jakby spokojniejsza. Pewnie gdyby ktoś ją wybudził i zapytał o losowe wytyczne postępowania uzdrowiciela, to odpowiedziałaby bez zająknięcia. Ale wystarczyło odczekać chwilę, by jej głos przeszedł stopniowo w szloch i wciąż powtarzane "nie".
Ona znów widziała zielony błysk i po raz kolejny przeżywała traumy. Scena po scenie. Znów ktoś ciągnął ją za włosy, groził jej, chciał zabić. W jednej chwili była na Pokątnej, w tłumie uciekających przed wilkołakami osób, później na Nokturnie. Zielony błysk przerodził się w znajomą zieleń oczu, a ona aż krzyknęła przez sen. Kolejne martwe ciała, które widziała, zaczynały coraz bardziej przypominać najbliższe jej osoby. A później przed jej twarzą pojawił się dementor, by wypełnić wyrok - śmierć dla szlamy.
Obudziła się z krzykiem, jeszcze przez moment nie mogąc się ruszyć. Oddychała szybko, czując jak po policzkach ściekają jej łzy. Musiała się upewnić gdzie jest. Zwykle samotnie dochodziła do siebie, albo zwlekała się z łóżka, uznając że pora wstawać do pracy. Teraz napotkała zaniepokojone spojrzenie niebieskich tęczówek, ale jedyne co zrobiła, to zwinięcie się w kłębek i ponowne wtulenie w Theodore'a.
- Przepraszam, że cię obudziłam. - Szepnęła, okrywając ich szczelniej kołdrą.


RE: Sypialnia Elizabeth - Theodore Bulstrode - 03-22-2021

Noc spędzana z Elizabeth należała do jednych z piękniejszych w przeciągu życia jaki spędził w Hareford i w Hogwarcie. Pragnął nad wyraz posmakować życia w zupełnie inny sposób aniżeli jego matka, która za wszelką cenę szukała coraz mocniejszych doznań i wciąż była sama. Theodore nie chciał być wiecznym kawalerem — chociaż przez dłuższy czas kompletnie mu to nie przeszkadzało — a poznanie Keen prowadziło ku nieznanej ścieżce, która skończy się dobrze bądź sprawi, że Bulstrode zamknie się ponownie.
Pocałunki składane kobiecie były delikatne, smakowite i pełne miłości. Adorował ją, pożądał i nie myślał o niczym. Przyjemność była stokrotnie większa niż te które faktycznie doznał z innymi kobietami. Był gotów poświęcić się dla niej jakby to było kwestią życia lub śmierci. Było ciemno, ale dobrze widział jej twarz i podziwiał ciepłe, kobiece ciało będące afrodyzjakiem, wręcz ukojeniem, które nie chciał by się skończyło.

Rano obudził się jakby ktoś napadł na mieszkanie Keen, aż w końcu złapał ją w ramiona, tęgo chwytając za nadgarstki, by przestała się wierzgać. Choć była dość wczesna pora, nie przypuszczał, że Elizabeth będą dręczyć koszmary. Sądził, że czar prysł, ale gdy tylko spojrzał na nią opatuloną w kołdrę, pod którą była kompletnie naga poczuł się na siłach, by ją uspokoić i przytulić do siebie.
Hej, jestem przy tobie. — Theodore mruknął pocieszająco. — Co się dzieje? Aż tak ci było źle?
Co prawda próbował jakoś załagodzić atmosferę poranku. Po paru minutach głaskania ją po czubku głowy wstał, by ubrać bieliznę. Półnagie, wysportowane ciało Bulstrode'a przyjmowało słońce docierające z okna, a sam był gotów przygotować śniadanie do łóżka, by pozostać w sypialni z Elizabeth najdłużej jak się dało. Potrzebował dzisiaj spokoju, sądząc, że ona zapewni mu jak najdłuższą chwilę komfortu, który tak rzadko odczuwał przez fakt jakie stanowisko sprawował.
Zmarszczył brwi i ułożył smoking oraz czarodziejską szatę na komodzie Keen. Nie miał zapasowych ubrań, więc będzie musiał przenieść się do Hareford w tym czym poszedł na bal. Podszedł jeszcze do niej, by ucałować jej czoło.
Co masz ochotę zjeść? — zapytał z troską w głosie.
Oczywiście powinien zapytać co jej się właściwie śniło, ale nie był pewien czy to było aż tak istotne. Po tym co ostatnio usłyszał od Elizabeth, był święcie przekonany, że trzymała w sobie rąbek tajemnicy z poprzedniego, mugolskiego życia. Nadal wolał siłą nie wyciągać od niej informacji, bo to obarczyłoby go na następne tygodnie. Jeżeli czuła, że mogła mu ufać, zrobi to dobrowolnie.


RE: Sypialnia Elizabeth - Elizabeth Keen - 03-22-2021

To była miła odmiana, mieć kogoś, kto wspierał i zagarniał do siebie, między swoje ramiona, żeby odgonić koszmary. Zwykle budziła się sama, a strach i krzyk wisiały w pustym, ciemnym pokoju jeszcze długo po wybudzeniu. Teraz kobiece ciało odnalazło swoje miejsce tuż obok ciała arystokraty, podtrzymując harmonię, którą udało im się zapoczątkować poprzedniego wieczoru. Piękna układanka, stopniowo spajająca się w jeden obraz, który - przynajmniej Beth miała taką nadzieję- wkrótce będą mogli nazwać związkiem.
- Co? N... Nie... - Pokręciła głową, może zbyt gwałtownie, nieco speszona jego dowcipem. Widząc, że się jej przygląda, podciągnęła kołdrę ponad swoje piersi, rumieniąc się po czubki uszu i wbijając wzrok w jego klatkę piersiową, do której zresztą przytuliła policzek. Jej puls zrównywał się ze spokojnym biciem serca bruneta, tak samo, jak ich oddechy w końcu znalazły wspólny rytm. To pozwoliło Beth uspokoić się na tyle, by opanować chociaż drżenie rąk, teraz tak kurczowo wciśniętych między ich ciała.
- Właściwie to... - Nieśmiało skierowała na twarz Theo spojrzenie ciemnych oczu, uśmiechając się tak, jakby powstrzymywała nerwowy śmiech. Wyraźnie chciała mu coś powiedzieć, ale przeceniła swoją śmiałość w kwestii wypowiadania się na tematy pożycia seksualnego. Ona, rzeczowa pani doktor, która przecież biologię miała w małym paluszku i na co dzień rozmawiała z pacjentami o wielu wstydliwych rzeczach. Teraz sama nie mogła wykrztusić z siebie komplementu względem pewnych umiejętności Bulstrode'a. Wyciągnęła dłoń, aby przesunąć palcami po wargach Theodore'a, licząc że tym drobnym gestem przekaże mu więcej, niż gdyby miała cofać się w słowach do wspólnej nocy. Zresztą wypowiedzenie pewnych rzeczy na głos wydawało się móc zniszczyć te wspomnienia, które mieli. Zamiast tego mężczyzna dostał pocałunek i pytanie.
- Masz może ochotę, zostać tu też dzisiaj? - Sama nie była pewna, czy to wypada. Na tę chwilę również nie myślała o tym, że jego nieobecność w rodzinnym domu może zrodzić spekulacje co do ich zażyłości. Za bardzo podobały jej się pobudki u jego boku, nawet jeśli poprzedzone były koszmarami.

Patrzyła jak wstaje i zakłada bieliznę. Pomimo że sama kołdrę miała podciągniętą aż po szyję, to z wyraźnym zainteresowaniem przyglądała się jemu. Nawet przez chwilę na jej twarzy malowało się swego rodzaju niezadowolenie, ale doskonale wiedziała, że i ona powinna wstać by chociażby wziąć prysznic.
- Mmm... Czy dobrze rozumiem, że Theodore Bulstrode, jeden z najseksowniejszych mężczyzn według czasopisma Czarownica zrobi mi śniadanie? - Wyszczerzyła się, gapiąc na niego, kompletnie zauroczona. Chyba pozostawało mieć nadzieję, że to zauroczenie nie będzie zgubne. - Powinnam mieć jakieś jajka i pomidory na szakszukę. - Dorzuciła, powoli opuszczając kołdrę, którą tak się skrzętnie opatulała i decydując się na dźwignięcie z łóżka. Zadrżała, odczuwając różnicę temperatur i natychmiast zatęskniła za ciepłą pościelą. Zakomunikowała Theo, że idzie pod prysznic i gdyby też miał ochotę, to jest mile widzianym gościem.

Po porannym prysznicu zeszła do kuchni, ubrana już w szare, krótkie dresowe spodenki i czarną koszulkę na ramiączkach. Najwyraźniej zaplanowała dla nich dzień w piżamie, a najchętniej to pewnie w łóżku. Ale zasługiwali na odrobinę lenistwa, zwłaszcza po ogromie pracy, jaki wykonywali na co dzień.
Keen podeszła do Theo od tyłu i oparła czoło o jego plecy, wzdychając przeciągle.
- Wiesz, że cię nie wypuszczę dzisiaj? Chcę całego dnia, przynajmniej tego jednego, na poznanie cię bez nasłuchujących, szpiczastych uszu. - Wymruczała, składając kilka pocałunków na jego łopatce.
Obróciła się do kuchennej wyspy, aby zerknąć na leżącą w koszyczku pocztę. Wczoraj nie miała czasu jej przejrzeć i chyba powinna to nadrobić. Gdzieś między kilkoma przesyłkami z banku, zawierającymi pewnie potwierdzenia płatności oraz rachunki, Elizabeth trafiła również na Proroka Codziennego. Nie było to dzisiejsze wydanie, ale na pierwszej stronie wieści o wojnie gangów uderzały po oczach. Przygryzła dolną wargę, na moment odpływając w odmęty pokrętnych, pełnych zarzutów i oburzenia wersów pisanych przez dziennikarkę. Rzuciła gazetę na blat, zaczesując mokre włosy za uszy i wyraźnie mając w planach wziąć się za robienie kawy.
- Theo, mogę ci zaufać? - Odezwała się w końcu, bo wiedziała, że musi zacząć jakoś tą rozmowę. Nie chciała stawiać go w kłopotliwej sytuacji, ale jeśli nie powie mu wcześniej, to prędzej czy później dowie się sam. A wtedy ona może już nie mieć okazji wyjaśnić mu swoich decyzji. - Wiem, że jestem genialna w psuciu sielanki i romantycznego nastroju... - Spróbowała kontynuować nieco inaczej, zupełnie mugolskim sposobem podpalając palnik pod czajnikiem. - I od jakiegoś czasu naprawdę dostrzegam, że mogę na tobie polegać. Jeśli mam być szczera, to ostatnio między mną a Louis'em kontakt osłabł. Nate wyjechał, tak samo jak moja najbliższa przyjaciółka i tym bardziej doceniam to, że mam się do kogo zwrócić. Kawę czy herbatę? - Wtrąciła pytanie, rozstawiając kubki i już otwierając jedną z szafek by wyjąć potrzebne słoiczki. Po odpowiedzi Theo, kontynuowała.
- Zależy mi na Tobie, na tym... - Wskazała to na siebie, to na niego, ewidentnie mając na myśli ich relację i zażyłość. - Bo jest "coś", prawda? - Upewniła się, nieśmiało zerkając na czarodzieja.


RE: Sypialnia Elizabeth - Theodore Bulstrode - 03-24-2021

Elizabeth wprawiała go niekiedy w kompletne osłupienie, aczkolwiek nie był dłużny sypiącym pocałunkom, sprośnym pieszczotom i ewidentnej fascynacji jej ciałem. Nie zamierzał więcej dopytywać, chociaż zamierzał w niedługim czasie spytać o stan zdrowia pani doktor. Z uwagi chociaż na to, że zaczynał przekonywać się do uczuć jakie do niej żywił. Z minuty na minutę rosła w nim pewność siebie.
Chwilę jego wzrok utkwił w Elizabeth, szczególnie, gdy zaproponowała mu kolejny nocleg w jej mieszkaniu. Z jednej strony nie zamierzał odmówić gościny, z drugiej zaś z tyłu głowy miał Amelię i resztę tego arystokratycznego towarzystwa, będące ciekawe gdzie panoszy się Theodore poza godzinami pracy. Jakkolwiek by to nie wyglądało, Theodore dni wolne spędzał na treningach, by wrócić rozleniwiony do Hareford. W tej chwili jedyne czego chciał to spokoju u jej boku. W brzuchu zaburczało mu głośno, więc zdecydowanie planował zrobić szakszukę. To by go z pewnością rozbudziło.
Mogę zostać. Poza tym bardzo chętnie uwolnię się od Hareford na kilka dni — mrugnął do Keen, z malującym uśmiechem. — Przestań... brzmi to cholernie tandetnie. Tak, zrobię śniadanie, obiad, a nawet kolację.
Cmoknął ją w usta, a potem zebrał skierował się w stronę kuchni, podczas gdy Elizabeth poszła wziąć prysznic. Zawahał się, aby do niej dołączyć, aczkolwiek obydwoje poczuliby wyraźny głód. Theodore prawie nic nie tknął na balu, więc zamierzał dzisiaj nadrobić stracone kalorie. Przyuważył mugolskie radio. Nie wiedział jak je włączyć, więc machnął różdżką, by rozbrzmiała w kuchni muzyka. W domu posiadał jedynie gramofon, a stos płyt winylowych składały się z kolekcji Amelii. Grał Chuck Berry — Route 66 z lat sześćdziesiątych, a uzależniająca muzyka wprawiła Theodore'a w przyjemny nastrój. Gwizdał podczas robienia szakszuki, dodając do tego zioła jakie posiadała w swoich szafkach Keen. Oczywiście nie było tego nazbyt wiele, ale intuicja Bulstrode'a podpowiadała mu co będzie do tego odpowiednie. Do metalowego tostera wrzucił kromki chleba, przygotował masło i wyciągnął słoiczek miodu. Już na widok prawie gotowego śniadania ślinka ciekła mu po dolnej wardze.
Niespodziewanie poczuł ciepłe, kobiece dłonie na swoim nagim torsie; z wrażenia napiął mięśnie, by wydobyć z siebie głęboki pomruk. Odchylił lekko głowę.
Jestem twój.
Tak, to było oddanie siebie całego Keen, stał się jej podwładnym. Zakochany mężczyzna był gotów na wszystko dla swej kobiety, każda doza jej bliskości powodowała w nim pozytywne fale, jakby nie tylko leczyła jego rany, ale koiła zszarganą duszę spowodowaną podzieloną miłością matki i ojca sprzed lat. Nawet wysnuł plan zabrania ją na wycieczkę po norweskiej ziemi i przedstawienie ją Dylanowi, aczkolwiek problem tkwił w tym, że ojciec miał go totalnie w dupie. Poza tym pochodzenie Keen doprowadziłoby do kolejnej rodzinnej awantury. Musiał za wszelką cenę uniknąć możliwej konfrontacji. Gdy jedzenie było gotowe, wyciągnął dwa talerze i ostrożnie nałożył szakszukę, a tosty posmarował masłem.
Chcesz do tego miód? — zapytał zerknąwszy nań Elizabeth.
Grzecznie dołożył na to odrobinę miodu, a Keen tymczasem przygotowywała kawę. Uśmiechnął się szeroko widząc, że obydwoje wyglądali jak prawdziwa, kochająca się para, a w tle grała przyjemna muzyka. Potem w radiu usłyszeli Leda Zeppelina — Stairway To Heaven. Zwrócił uwagę na stos listów, w tym Proroka Codziennego zwróciwszy uwagę na artykuł związany z gangami. Wzruszył ramionami, gryząc kawałek tostu.
Wtem Elizabeth przerwała stoicki spokój, a muzykę zagłuszyła swoim zatroskanym, ździebko niepewnym tonem. Theodore zmarszczył brwi. Słysząc o Louisie obruszył się niespokojnie, bo po wydarzeniach w sierocińcu związanego z Zakonem Feniksa — o którym Elizabeth kompletnie nie wiedziała — mógł przypuszczać, że to właśnie dlatego kontakt z Louisem przepadł. Gdzieniegdzie przed oczami Theodore'a panoszył się czarny kot.
...Kawę. — Odchrząknął. — Tak. To znaczy, tak! Możesz mi zaufać, nie widzę powodu byś miała tego nie zrobić? Sądziłem, że... poszliśmy do łóżka, bo mi ufasz.
Kompletnie nie wiedział jak reagować na to do czego właściwie dążyła Elizabeth. Przeczuwał w jej głosie niepokój i roztargnienie. Potrzebował chwili na zastanowienie się co chciała mu tak naprawdę tym przekazać? Może usłyszała o nim jakieś niestosowne plotki, na przykład, że wykorzystuje kobiety lub że ma konszachty z nieodpowiednimi ludźmi? Theodore mimo to zachował opanowanie godne prawdziwego arystokraty.
Mi na tobie również zależy, Beth — przysunął się do niej, a na jego twarzy pojawił się swoisty strach. — Jest. I to bardzo dużo. Nie mogę zbyt wiele powiedzieć, bo...
Przerwał na chwilę, gdyż bezpieczeństwo Elizabeth należało do priorytetów. Nie wiedząc czemu w gardle powstała gula. Theodore powstrzymał się przed palnięciem słów pod tytułem: Bo mam pojebane życie.


RE: Sypialnia Elizabeth - Elizabeth Keen - 03-25-2021

"Jestem Twój." - To zdanie pobrzmiewało w głowie Beth, nie dając jej sposobności, by pod falą emocji, jaka ją zalała, wydusić z siebie choćby słowo. Jedynie patrzyła w błękitne oczy Theodore'a, poddając się sielankowej scenerii ich wspólnego poranku. Doszła nawet do wniosku, że trafili na siebie w dobrym momencie życia, bowiem perspektywa zobowiązań, przywiązania i masy tych wszystkich rzeczy, które wiązały się ze związkami - zwłaszcza ze starszymi mężczyznami- nie przerażały jej. Wręcz przeciwnie, było jej zwyczajnie dobrze w tym układzie.
- Jesteś. A ja cała Twoja. - Odparła wreszcie, uśmiechając się. Jednak w jej głowie kłębiły się myśli, które niekoniecznie były powodem do radości. Nieubłaganie zbliżała się chwila, kiedy musiała zadecydować, czy nie jest jeszcze za wcześnie, aby wyznać rzeczy, które mogą ją pogrążyć, a jego postawić w kłopotliwej sytuacji. Z drugiej strony milczenie nie było lepszym wyborem. Nie chciała go przecież okłamywać. Razem, w relacji opartej na szczerości, byli dużo silniejsi. A to w tych czasach było szczególnie ważne.
Kiwnęła głową, zapytana o dodatek do tostów, po czym przyglądała się, jak Theo nakłada jedzenie. Zaburczało jej w brzuchu, zaśmiała się, wróciła do przygotowywania kawy. Gdzieś w międzyczasie nałożyła do kociej miski karmę, aby kotka przestała wreszcie żałośnie dopominać się o śniadanie.
Napięcie rosło, zwłaszcza po słowach Beth. Tylko zauważyła, że Theodore też czegoś się obawiał. Stali tak razem, wpatrując się w swoje twarze. Dwa zupełnie inne światy, które bardzo pragnęły być razem.
- Tak, to znaczy... Wiesz dobrze, że seks i zaufanie nie zawsze idą w parze, ale tak... Ufam ci. Po prostu, chyba potrzebowałam usłyszeć to od ciebie. - Wyjaśniła, nieco zbita z tropu. Co więcej, miała wrażenie, że jej dalsze słowa Theo zrozumiał nieco inaczej, a oni sami nie do końca rozmawiali już o związku, a właśnie o tym, że coś ukrywają. Oboje mieli swoje tajemnice, ale nie było szans na dobry związek, jeśli na nich go będą budować.
- Bo? - Dopytała, wyglądając na równie zatroskaną, co on. Najwyraźniej plan się zmienił i teraz chciała wydusić wszystko z niego, by przejść do swojej części. - Bulstrode, szczera rozmowa? - Wskazała na stołki przy kuchennej wyspie i dwa talerze, które już na nich czekały. Podstawiła obok posiłku kawy. - Ty pierwszy. Bo czuję, że moja część jest dużo bardziej złożona. - Westchnęła ciężko, zajmując jeden ze stołków. Nie miała pojęcia, czy czeka ich kłótnia, dni milczenia, a może Theo miał z niej zrezygnować i wydać w Ministerstwie. Ale już zadecydowała, że to był właśnie ten dzień i ta chwila. Nie mogli dłużej czekać. Nawet jeśli życie nie dało im za dużo okazji, aby tak naprawdę, dobrze się poznać.


RE: Sypialnia Elizabeth - Theodore Bulstrode - 03-26-2021

Nie było już odwrotu. Theodore tak bardzo próbował wyminąć się od takich szczerych rozmów, szczególnie, że rzadko zdarzało się, aby ktoś faktycznie zainteresował się jego uczuciami i postrzeżeniami na przeróżne tematy. Nawet Amelia traktowała swojego syna jak osobę, nad którą nie pochylała zbyt często głowy, a gdy to robiła, starała się by większość oczu dostrzegało ją jako dobrą matkę. Ojciec zwaśniony z nią nie zamierzał się interesować swoim pierworodnym synem, a to chyba było najbardziej dobijające. Gdy zamierzał mu się zwierzać w okresie dojrzewania, mówiąc o dziedzictwie metamorfomagii, o jego osiągnięciach w szkole, aktualnie listy spoczywały gdzieś na dnie szuflady. Teraz, Gruudbergowie mogli usłyszeć o Theodorze w Proroku Codziennym jakkolwiek docierałyby o nim informacje.
Elizabeth wyglądała tak, jakby chciała usłyszeć krzyk Theodore'a. On miał swoje lata i wiedział, żeby o pewnych rzeczach nie mówić. Mimo że uczucie było ogromne, musiał pamiętać o zobowiązaniach jakie nad nim sterczały. Chwycił kubek kawy, łykając ją leniwie, aż w końcu spuścił wzrok na swoje szorstkie, duże dłonie. Miał całkiem rozwalone włosy, broda nieubłaganie rosła, aż zdecydowanie nadawała się do ogolenia. Westchnął.
Co chcesz usłyszeć? Że nigdy tak naprawdę nie miałem matki i ojca? I że jestem mężczyzną, od którego wymagają twardej dupy, wysokiego stanowiska i właściwego zachowania? — charknął, dłubiąc w jedzeniu. — Beth, to nie tak, że próbuję cię zniechęcić, ale czuję się cholernie rozjuszony obecną sytuacją w ministerstwie, frustruje mnie praca...
O Zakonie chętnie by powiedział, ale nie mógł. To było słowem przysięgą jaką sobie złożył. Poza tym świadomość, że Elizabeth wlazłaby w wielkie niebezpieczeństwo mogłoby doprowadzić, że Theodore załamałby się jeszcze bardziej. Bulstrode — ten, o którym mówi się, że jest zwykłym politycznym pionkiem — miał uczucia. Kierowała nim determinacja, poczucie walki o większe dobro; o takich czarodziejów jak Keen... to sprawiało, że związek w tym okresie nie był odpowiedni. Chociaż pragnął poczuć się kochany przez nią, doceniony i zadbany jak przez nikogo innego powodowało, że myśl o rodzinie znikała w takich chwilach.
Dlatego tak bardzo chciałbym zostać te kilka dni. Hareford jest moją własnością, ale po co mi ta ziemia skoro czuję się tam obco? Jakby to, że się urodziłem w tej rodzinie to była pomyłka. Byłem zwykłą wpadką moich rodziców, których nie obchodzę! A mam trzydzieści cztery lata. Wiesz jak spędzam swoje urodziny? W pracy. I nikt nie składa mi życzeń oprócz pieprzonych prezentów jakie dostaje od skrzatów. Ja nawet nie pamiętam jak wygląda mój ojciec.
Duszkiem dopił kawę, a następnie rozejrzał się po kuchni. Czuł jakby w żołądku go skręcało od słów jakie padały przy porannym posiłku. Prawdę powiedziawszy dawno nie czuł się tak zasmucony, gdy wyrzucił prawdę na wierzch. Spojrzał na Elizabeth. Żywił nadzieję, że Elizabeth nie dobiłaby go jeszcze bardziej, mówiąc, że sama miała gorzej. Poza tym tu nie chodziło o porównywaniu egzystencjalnego bólu. Tajemnica o Zakonie miała pozostać tajemnicą, mimo że na usta cisnęło mu się dosłownie wszystko. Jeśli kiedyś miałby być osobą zapisaną na kartach historii, musiał poświęcić wszystko co mogłoby wydawać mu się drogie, niemal bezcenne. Błysk w jego oku zniknął, a zamiast słynnego Bulstrode'a pojawił się smutny chłopiec.
Towarzystwo arystokratów jest jak gniazdo żmij. Zjedzą cię tam na śniadanie albo po prostu zabiją. Wierz mi. — Theodore nachylił się do Keen by podkreślić powagę sytuacji.
Wierzył, że kobieta miała swoje sposoby na radzenie sobie w życiu z takimi osobami, ale Theodore wiedział, że niektórzy parają się czarną magią, a w dodatku mają konszachty z Czarnym Panem. Nie podlegało to żadnej dyskusji. Jak sam miał gdzieś opinię innych gdyby Bulstrode związał się z mugolaczką, to miałby kłopoty w postaci walki z samymi Śmierciożercami. Gotów na poświęcenie swojego życia zamiast Elizabeth było oczywistym wyborem.


RE: Sypialnia Elizabeth - Elizabeth Keen - 03-26-2021

- Nie jest istotne, co chcę usłyszeć. Ważne jest, co chcesz powiedzieć. - Wtrąciła się, między wypowiadane przez niego zdania. Zaczynała się o niego martwić, bo dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak wielki bagaż emocjonalny nosił na swoich barkach. A ona chciała zabrać chociaż część tego ciężaru. Nie ważne, że jej własny ściągał ją już niemal na dno. - Tu jesteśmy tylko my i rozmawiamy szczerze. - Podkreśliła, zachęcając go do tego, by wyrzucił z siebie wszystko.
- A wiesz, co ja sądzę? Że to nie była pomyłka. Być może masz inne poglądy, inne zainteresowania i nie wpisujesz się w schematy pewnych kręgów. Ale takie jednostki mają prawdziwą siłę iść własną drogą i wytyczać lepsze szlaki. Przecierasz nowy szlak dla swojego nazwiska i rodu. - Zsunęła się ze stołka, by podejść do niego i położyć mu dłoń na policzku. Zagarnęła go do swojej piersi i korzystając z tego, że siedząc był równy z nią, pocałowała go w czoło. - Nie znam się na handlu, ale w kwestii urodzin coś zaradzimy. - Uśmiechnęła się delikatnie, składając kolejny pocałunek na rozczochranej czuprynie arystokraty. Przelewała na niego tyle swojej troski, ile mogła. - Jedenasty listopad, dobrze pamiętam? - Spojrzała Theo w oczy, poprawiając jego niesforną grzywkę. Czy właśnie zdradziła się z tym, że przeglądała jego dokumentację medyczną? Owszem.
Nie miała zamiaru się z nim licytować. Właściwie to zepchnęła swoje problemy, którymi chciała się z nim podzielić, na dalszy plan. Theodore nie raz jej wysłuchał i pomógł, zasługiwał aby ktoś wysłuchał jego.
- Nie boję się węży, Theo. Radziłam sobie z nimi przez całe życie. Jestem silniejsza niż sądzisz. Daj mi szansę to pokazać. - Złożyła na jego głowie ostatni pocałunek, by zaraz później wrócić na swoje miejsce. Milczała przez moment, mimowolnie wgapiając się w Proroka zalegającego na blacie.
- Jeśli brakuje ci ojca, myślę, że powinieneś się z nim spotkać i mu to powiedzieć. Oczywiście zrobisz, jak uważasz, ale mówię ci, co zrobiłabym ja, gdybym mogła. - Kolejna pauza, podczas której Beth sięgnęła po kawę. Pomimo głodu, sama jedzenia nadal nie ruszyła. - Mam za uszami wiele głupich decyzji, których nie usprawiedliwia nawet to, że były robione w dobrych intencjach. Próbkę mojej przeszłości miałeś wczoraj na balu. Powinnam mu przyłożyć. - Zacisnęła palce na kubeczku. Spięła się, przypominając tę okropną i wredną zagrywkę ze strony Eliasa. - Dlatego pomimo tego, że... Że jestem twoja, a ty mój - wybrnęła, nie używając bardziej problematycznych wyznań- zrozumiem, jeśli nie będziesz mnie chciał. Zrozumiem, jeśli podejmiesz decyzje, które w praktyce będą łatwiejsze. Tylko wiedz, że jesteś zawsze mile widziany tutaj. Tu możesz odpocząć, poczuć się swobodnie. A ja chętnie poświęcę ci mój czas i dam to, czego ci brakuje, a co mogę. - Dokończyła, przygryzając dolną wargę i obserwując uważnie Bulstrode'a. Nie chciała by był smutny, to udzielała się też jej. Tym bardziej, że nie do końca wiedziała, jak mu pomóc.


RE: Sypialnia Elizabeth - Theodore Bulstrode - 04-01-2021

Dotyk Elizabeth był zabójczy dla Theodore'a. Chociażby z tego względu, że musiał się zastanowić nad tym co się wydarzyło pod koniec balu i przede wszystkim nad tym czy Theodore nie dał sobą pomiatać jakiejś kobiecie. Lekko się od niej odsunął. Siedział w chwilowej ciszy. Spotkanie z Dylanem byłoby dla niego sporym wyzwaniem; szczególnie, że ojciec nie byłby chętny odwiedzin w Wielkiej Brytanii z powodu swoich interesów rodziny, którą ponoć założył na nowo. Był ciekaw ilu synów i córek zdążył spłodzić do tej pory, gdy Theodore zmagał się z wewnętrznym żalem.
Najchętniej to bym rozpieprzył cały ich system wartości, Elizabeth — rzucił obojętnie. — I cieszę się, że przyjmujesz mnie z otwartymi ramionami jednak nie licz, że to będzie trwało wiecznie. Niczego nie chcę ci obiecywać.
Elizabeth próbowała go pocieszyć. Doceniał jej trud i faktyczne zaangażowanie w tej sprawie, jednak wiązało się to z utratą życia. A czy Theodore miał moc, by zmienić świat na lepszy? W jakimś stopniu na pewno, niemniej było to dalekosiężnym planem, którego nawet Dumbledore nie mógł tak po prostu spełnić. Ręce Zakonu były związane. Tajne organizacje, polityka i kłamstwa... jego cały świat. Rodzinne mrzonki spadły na plan dalszy. To, że wyrzucił z siebie frustracje nie zmieniało niczego oprócz psucia krwi z samego rana. Zastanawiał się nad tym co mógłby jeszcze jej powiedzieć. Wsłuchiwał się zatem w jej głos, aby skupić się na tym co próbowała mu przekazać. Miał wrażenie, że mówiła wszystko, by go przy sobie zatrzymać.
Spojrzał jej w ciemne oczy, po czym skupił się na martwym punkcie.
Spotkanie z ojcem byłoby o wiele prostsze, gdyby moja matka nie była tak uparta. Nienawidzą siebie, a ja wciąż żyję. Odseparowanie mnie od norweskiej strony było planowanym zamiarem, a mój ojciec nawet nie protestował. Jestem już dorosły i powinienem skupić się na swoim życiu. Tylko co to za życie, jeśli rodzinne wspomnienia to tylko Hogwart i skrzaty w Hareford. — Wzruszył ramionami, dokończywszy swoje śniadanie.
Wolał myśleć realistycznie. To powodowało, że Theodore mógł skupić się na karierze, a jednocześnie angażować w sprawy, które nakładał Dumbledore. Ufał mu jak mało komu, Albus wiedział jak popieprzone miał życie Bulstrode. Musiał wiedzieć, skoro sam się za niego wstawił, gdy dołączał do organizacji.
Wciąż nie zmieniało to faktu, że Elizabeth miała za uszami wiele dziwnych spraw, które Theodore chciałby usłyszeć. Z drugiej strony przeczuwał, że dla niego będzie to za dużo, a zaufanie, którym ją obdarzył stokrotnie się zmniejszy. I co wtedy? Bulstrode miał zszargane emocje z tegoż względu. Wierzył w jej odwagę, ufał, że była na tyle inteligentna, że poradziłaby sobie z każdą napotkaną drobnostką.
Nie... nie chcę cię tracić dlatego, że pieprzyłaś się z innymi. Niemniej, co ci w ogóle przyszło do głowy zapraszać byłego kochanka na bal? Wiedziałaś, że przyjdę. To była jedna z tych głupich decyzji, o której wspominasz. Jestem ciekaw jak daleko zabrnęłaś w miejsca gdzie szanowanego ordynatora nie powinno być.
Theodore słyszał nie jedno o poważanych czarodziejach, którzy zgubili się w mroku. Jeżeli Elizabeth miała mieć jakieś konszachty z półświatkiem — a tak też myślał — to wolał, by powiedziała mu całą prawdę.
Gdy skończył jeść, wziął talerze i włożył do zlewu. Oparł się o blat, aby założyć ręce na nagiej piersi i czekać, aż Keen uraczy go historią, która sprawiłaby, że słowa padające sprzed chwil zmyją się niczym brud. Był gotów na ból. Stłamsił rosnący stres i wściekłość, bo potrzebował zachować trzeźwość umysłu.


RE: Sypialnia Elizabeth - Elizabeth Keen - 04-01-2021

Elizabeth zmarszczyła brwi, bo chociaż doskonale wiedziała, że Theo może ją odrzucić, to jeszcze nic nie wyjawiła z rzeczy, które miała. A już czuła, jakby ją odrzucał. Jakby była kolejną z jego kochanek. Pobawił się, zaliczył, uznał że było fajnie, więc może jeszcze kilka numerków i wróci do siebie. W tym momencie wydał jej się bardzo podobny do Eliasa, a to zabolało. Kobieta zacisnęła usta, by powstrzymać się od nieprzyjemnego komentarza. Dała sobie chwilę, aby lepiej dobrać słowa.
- Myślę, że obiecałeś mi już wiele rzeczy. Ale po tym co powiedziałeś, faktycznie zaczynam mieć wątpliwości, czy to nie były jedynie puste słowa. - Zarzuciła mu, bo czy nie on mówił, że jest jej? Zabawne, że ileś lat później miała powstać piosenka, o tej głównej rozterce - czy on był jej, czy jej tylko tej nocy, albo czy będzie jej też jutro? Nie mówiąc już o opiece i ochronie. Nie zapominała jego pomocy, ale czuła się równie zdradzona, co on.
- Jak na kogoś, kto tęskni do poczucia posiadania prawdziwej rodziny i wspomnień, z nadzwyczajną łatwością odrzucasz ludzi, którzy chcą ci je podarować. Nowe wspomnienia, rodzinę, coś o czym kiedy będziesz myślał na starość, to z uśmiechem na twarzy. - Kolejny wyrzut, bo ona przecież też czuła się samotna. Jedyną różnicą między nimi było to, że ona musiała sama podjąć decyzję, że dla dobra jej rodziny nie powinni utrzymywać kontaktów. Zrezygnowała z tego szczęścia dobrowolnie. Ale nadal, nie zająknęła się na ten temat nawet słowem. Chciała mu pomóc, a on ją odpychał.
Zaczęła jeść swój posiłek, chociaż nagle żołądek zacisnął jej się w supeł.
- "Pieprzyłam się?" - Mruknęła, ciekającym sarkazmem głosem, gapiąc się w swój talerz. - Jesteś ostatnią osobą, która mogłaby wyrzucać mi takie rzeczy Theo. Zachowujesz się jak ci wszyscy nadęci faceci, którzy sądzą, że jak oni mają masę partnerek, to jest dobrze. Ale kiedy okazuje się, że kobieta miała minimum życia seksualnego przed nimi, to "pieprzyła się". Może chcesz zarzucić mi w tym kontekście jeszcze coś? - Warknęła, unosząc dumnie głowę i wstając, aby zrobić kilka nerwowych kroków po kuchni i zaczesać do tyłu włosy, wydając z siebie sfrustrowany jęk.
- Działo się wiele rzeczy... I przyznaję, że wpadłam w kłopoty, ale to nie było umyślne. - Spojrzała na Theodore'a, zastanawiając się, czy nie powinna przygotowywać się na spotkanie z dementorami. - Kiedy mówiłam ci o facecie, który miał odwrócić moją uwagę od ciebie, chodziło mi o Eliasa. Wpadliśmy na siebie... Właściwie to była cała masa zbiegów okoliczności.
Najpierw zgodziłam się spędzić z nim wieczór, bo liczyłam, że zwyczajnie o tobie zapomnę. Zresztą nie wiedziałam wtedy nawet, że on jest czarodziejem. Zgaduję, że miło mi było porozmawiać dla odmiany z "mugolem". Kiedy się rozchodziliśmy, nawet nie planowałam spotkać go kolejny raz. Ale zjawił się w Mungu, potrzebował medyka. To wtedy wyciągną mnie z tarapatów, bo prawdopodobnie, gdyby nie on, zostałabym wyrzucona przez okno albo uduszona.
- Na wspomnienie momentu, kiedy wisiała na takiej wysokości, ledwie trzymając się framug okna, przeszył ją dreszcz. - Zwiał agresywny pacjent, mój personel zawinił. Zaczaił się akurat na mnie. - Wyjaśniła w kilku krótkich zdaniach.
- Wiem, jak to zabrzmi, ale to naprawdę była jedna z moich głupszych decyzji, podjętych pod wpływem chwili i w przypływie adrenaliny. - Nietrudno było zgadnąć, o czym mówiła. Tym bardziej, że w tej chwili odwróciła wzrok, rumieniąc się ze wstydu. - Pomyślałam, że to dobry pomysł, aby to ciągnąć. Że nieźle idzie mi zapominanie o tobie. Ale kiedy zobaczyłam, jak obrywasz na meczu... Pomimo, że byłam z nim, kompletnie nie mogłam przestać myśleć o tym, czy jesteś cały. - Znów oczy jej się zaszkliły, a serce zaczęło łomotać. - Zaraz po meczu pobiegłam do szatni, zostawiając go na trybunach. Miałam mu powiedzieć, że tylko coś sprawdzę, ale wyszło, że zwyczajnie go wystawiłam, bo... - Wskazała na Theodore'a, sugerując, że wtedy on znów wygrał. Nie musiał nic robić, żeby ona biegała za nim, jak głupia.
- Było mi głupio, że się tak zachowałam, chciałam go przeprosić. Stąd moje spotkanie z nim w zoo, o którym wspomniał. On wyraźnie odebrał je zupełnie inaczej, niż ja. W liście, który do niego napisałam, zaznaczyłam, że liczę jedynie na przyjaźń, bo faktycznie, do wczorajszego wieczoru uważałam go za naprawdę wartościowego człowieka. A właściwie, może zaczęłam mieć jakieś przeczucia wcześniej... Coś mi nie pasowało, wiesz. Ale zanim postawiłabym jakieś zarzuty, chciałam to sprawdzić. - Wzruszyła ramionami, znowu plącząc się po kuchni.
- Bywam na Nokturnie. Bywałam tam praktycznie odkąd zaczęłam pracę w Mungu. Moja mama miała taką tradycję, że jeden dzień w tygodniu, jej restauracja, to co zostało z całego dnia, było rozdawane potrzebującym. Kiedy byłam w mieście, to jej przy tym pomagałam, a kiedy zerwałam z nimi kontakt, postanowiłam tą tradycję podtrzymać. Więc leczyłam tych, którzy nie byli w stanie dotrzeć do Munga. Albo nie mogli. To nie zawsze były "dobre" osoby. - Przyznała, przełykając ślinę. - Ale z punktu widzenia medycyny, to nie powinno mieć żadnego znaczenia. W ten sposób poznałam trochę osób, a kiedy zaczęłam mieć wątpliwości, co do Eliasa, poprosiłam znajomego aby go sprawdził. Trochę się bałam, nasza relacja opierała się na zbyt wielu zbiegach okoliczności. A jednak pojawiając się w takich miejscach, w tych czasach. To nie jest bezpieczne i dobrze o tym wiem. - Na powrót usiadła na stołku i objęła się ramionami.
- W każdym razie dostarczałam temu znajomemu leki. To była jedyna opcja dla niego. Inaczej by nie przeżył. Przyznał, że Elias bywa na Nokturnie częściej, niż by wypadało. Wskazał kilka miejsc. Chciałam, żeby Elias sam się z tego wytłumaczył i ostatecznie przyznał, że prowadzi jakiś interes należący do jego wuja. - Beth machnęła ręką, jakby sama nie do końca rozumiała cokolwiek z tego wszystkiego. - Ale sam widzisz, jak to brzmi. Niby wtedy uwierzyłam mu, że to nic takiego, ale no... Sama nie wiem... Przycisnęłam go tym tematem na balu, a później on... Zresztą sam wiesz. Istotniejsze jest to, co działo się jednocześnie. - Tutaj wskazała na gazetę, nabierając powietrza.
- Byłam tam. Ale zanim coś powiesz... Nie znałam Pottera, ale dziewczyna, która była z nim blisko, jest stażystką, którą mam pod swoimi skrzydłami. Gdybyś widział jej twarz, słyszał co mówiła... Postąpiłbyś tak samo, jak ja. A przynajmniej mam nadzieję, że byś to zrobił, bo to by oznaczało, że masz serce. Nikt nie powinien być skazany na taką ilość bólu, przez tak bezpodstawne rzeczy, jak pochodzenie. - Automatycznie uniosła nieco głos, który stał się jakby groźniejszy. W ciemnych, zaszklonych oczach pojawiła się buntownicza iskra. - Poświęciłam sporą część życia obawiając się, że moje pochodzenie zostanie wzięte na świecznik. Mój ojciec dosłownie walczył o wolność tego kraju i czułabym, że go zdradzam, nie podejmując się tego samego. Nie w ten sposób zostałam wychowana. - Kolejne zdania, wypowiedziane z większą dumą.
- Więc uznałam, że spróbuję dowiedzieć się czegoś na Nokturnie. Gdybym faktycznie zdobyła istotne informacje, które poukładałabym w całość, pewnie poszłabym z tym do Ciebie, albo aurorów, albo... Sama nie wiem. Może do Dumbledore'a? W każdym razie, kiedy tam byłam trafiłam na wyścigi, jeden ze zwycięzców padł ofiarą klątwy rzuconej na nagrodę. Udzielałam mu pierwszej pomocy, kiedy zjawili się szmalcownicy... - Beth nabrała powietrza, czując jak kilka łez spływa jej po policzkach. Zielone światło ją prześladowało. Tak samo jak bezradność. Umilkła, pozwalając Bulstrode'owi na przetrawienie tego, co już mu powiedziała. Jednocześnie dała czas sobie, aby zdusić w sobie lęk, który nosiła od czasu tamtych wydarzeń.


RE: Sypialnia Elizabeth - Theodore Bulstrode - 04-01-2021

Bulstrode coraz bardziej odczuwał napięcie w swoim organizmie. Im dłużej słuchał Elizabeth miał ochotę trzasnąć drzwiami i nie wrócić. Począwszy od tego, że jawnie chciała go obrazić tekstem: Jesteś taki sam jak wszyscy faceci, ale Theodore nie zamierzał ukrywać, że odkąd poznał Elizabeth jego podejście się diametralnie zmieniło. Nie patrzył na kobiety pożądliwym wzrokiem, bo nie zamierzał potem tłumaczyć się przed Keen kim była jego poprzednia kochanka. A ona teraz wątpiła w jego oddanie i obietnice. Nie mógł jej obiecać tego, że to co usłyszy nic nie zmieni, ale chciał ją chronić, a to czy robiłby to jako jej partner czy zasadniczo jako wyimaginowany super bohater to już zależało od tego jak potoczy się cała sprawa.
Ja cię nie odrzucam! — Theodore podniósł głos. — Mam wrażenie, że po prostu tobie jest łatwiej przyjąć postawę dziewczyny, która miała cudne dzieciństwo w towarzystwie obojga tolerancyjnych rodziców-mugoli. A ty chcesz postawić mnie w świetle, że odrzucam wszystko co chciałbym mieć.
Oskarżenie Elizabeth za to, że pieprzyła się z innymi nie było hipokryzją, bo to co już stwierdził na balu było oczywiste. Nie miał jej aż tyle za złe, że to stało się za jego plecami, bo wtedy nie wiedzieli kim dla siebie w ogóle są. A teraz choć miotali się jeden o drugiego z zszarganymi emocjami, Theodore chciałby jej wykrzyczeć jak bardzo jest zazdrosny i że nie chce jej widzieć w towarzystwie innych mężczyzn.
Posłuchaj mnie... przedtem cię nie znałem. Oceniasz mnie względem tych kolorowych pisemek, które nagminnie czytasz, a mnie wkurwia tekst najseksowniejszy czarodziej wszech czasów. Nie zamierzam się ograniczać kiedy wiem, że nikt mi tego nie zabroni. Robiłem w ten sposób na złość matce, która za wszelką cenę próbowała mnie zeswatać z jakąś arystokratką. A co ja zrobiłem? Zakochałem się w tobie. — Momentalnie odwrócił się do niej plecami. Serce biło mu jak oszalałe. — Ja... nie mam ci za złe, że korzystasz z tego, ale wierz mi... to boli. Gdybym chciał cię zerżnąć, rano byś już nie zobaczyła mnie w łóżku, rozumiesz?
Uniósł gęste brwi, patrząc na Elizabeth piorunującym spojrzeniem. Późniejsza część jej wypowiedzi było sztyletem w pierś. Theodore zacisnął usta. Uderzył pięścią w blat, aż wszystko co znajdowało się na nim podskoczyło wydając głośny dźwięk. Miał nadzieję, że niczego nie potłukł, bo nie był w Hareford. Teraz już znał prawdę. Spojrzał na Elizabeth z lekkim niedowierzaniem, wrzącą krwią w jego żyłach, aż na szyi pojawiła się długa, twarda linia.
Elizabeth na Nokturnie, by pomagać... ta część jeszcze była w miarę sensowna, ale relacja z Eliasem, który wiódł jakieś podejrzane życie wplątał dziewczynę w coś z czego tak łatwo się nie wywinie. Ile jeszcze mógł znieść?
To cię nie usprawiedliwia. Ministerstwo gdy się o wszystkim dowie, będziesz spalona bez względu z jakichkolwiek pobudek byś nie działała. I chcesz mi dodatkowo powiedzieć, że artykuł o gangach... brałaś w tym udział? — Theodore warknął. Fragment o Potterze przyprawił go ciarki. — Zachowałaś się okropnie lekkomyślnie. Chcesz być blisko z rodzicami w ten sposób? Podtrzymujesz tradycje pomagania, dobra... ale wplątywać się w rzeczy, które doprowadzą cię do Azkabanu są głupie. I z tego się nie wywiniesz. I mówisz mi to w dowodzie zaufania? Cholera, Beth! Jestem szefem komisji handlowej! Do kurwy nędzy, gdyby nie to co do ciebie czuje, byłabyś w drodze na przesłuchanie.
Theodore nachylił się nad Elizabeth, gdy ta niemal skurczona siedziała przy stole. Wpatrywał się w nią, bo próbował zrozumieć... w pełni zrozumieć to szaleństwo, które doświadczała. Nie miał wątpliwości, że trzymanie jej z dala od kłopotów byłoby lepszym pomysłem niż ryzyko stracenia jej na dobre.
Nie zamierzam pozwolić ci, żebyś tak bardzo narażała siebie. Nie jestem Ritą Skeeter, która obsmarowywałaby ciebie w Proroku Codziennym, ale zrobi to ministerstwo magii. Albo się od tego odsuniesz, albo...
Zaciął się na moment. Potrzebował wziąć głęboki oddech. Zamilkł. Kompletnie zamilkł. Wrócił do sypialni po swoje rzeczy. Chyba nazbyt wiele się dowiedział jak na poranek, który mieli spędzić w kompletnym spokoju. Theodorowi poleciała łza, którą raptem otarł z policzka. Nie mógł się wykruszyć, bynajmniej teraz.
Wszędzie czuł jej zapach, widział jej twarz, miękki dotyk na własnym ciele. I pomimo tak wariackich decyzji jakie podjęła mógł się przemóc i jej w tym pomóc. Bardzo chciał to zrobić, a obietnicę spełnić. Kosztem czego? Kosztem ich potencjalnego związku. To miałby być dowód jego oddania, ale wciąż... milczał. Nie mógł podjąć tej decyzji. Musiał się nad tym zastanowić.


RE: Sypialnia Elizabeth - Elizabeth Keen - 04-01-2021

- Miałam wspaniałe dzieciństwo! Nie zamierzam tego ukrywać! I tak, głównie dzięki moim rodzicom. I zrezygnowałam z tego. A teraz staram się mieć równie dobrą resztę życia, wiedząc że oni mają lepsze i spokojniejsze życie beze mnie. - Przyznała, bo takie były fakty. Powinni się z nimi wreszcie zmierzyć. - I chcę ci dać to, czego chcesz, nie rozumiesz?! - Krzyknęła, wyrzucając ręce w powietrze.
Pewnie odpowiedziałaby coś podobnego jeszcze na kolejny argument Theodore'a, ale ten w ostateczności wyrwał jej dech i wszelkie słowa z piersi. Zakochał się... Chciała podejść do niego i go przytulić. Niezależnie, jak bardzo wściekła była, na siebie i na niego, a szczególnie na Eliasa, to przecież patrzenie, jak Theo cierpi, było dla niej katorgą. Ale w tej chwili łzy nie mogły pomóc, ani szczere chęci, czy intencje.
Musiała powiedzieć mu wszystko, to był ten moment. Jeśli mieli coś lepić z ochłapów tej gliny, to potrzebowali silnego fundamentu. A nie było lepszego niż przyjaźń i zaufanie. Beth najwyraźniej zamierzała zaryzykować.
Kiedy mu o wszystkim opowiedziała, nie zdziwiła się tym przejawem agresji. Zamknęła na moment oczy, by spojrzeć w jego błękitne, gdy na powrót je otworzyła. Widziała w nich o wiele więcej niż złość i nie były to tylko negatywne uczucia. To podniosło ją na duchu, chociaż miała świadomość, że jej sytuacja wcale nie uległa poprawie. Pozwoliła mu wyrzucić z siebie to wszystko. Pozwoliła mu na opieprz, jakby sama była małą dziewczynką. Milczała. Kiedy do niej podszedł, uniosła głowę, czekając na kolejną falę. Płakała, oczywiście, że tak. Ta kłótnia z nim bolała, bo przecież nie tak miało być. Tak cholernie chcieli być razem, a wszechświat im na to nie pozwalał. I to sprawiało niemal fizyczny ból.
Ruszyła za nim, weszła do sypialni i zatrzymała go. Złapała za rękę, jednocześnie podcinając jego nogę i tym samym swoim własnym ciężarem powalając go na łóżko. Ale w wyrazie jej twarzy nie było nawet cienia figlarnego uśmiechu. Zrobiła to, by faktycznie trzymać go na miejscu, póki co. Bezpardonowo usiadła na jego biodra okrakiem.
- Wiem że masz dość, ale będziesz musiał się jeszcze trochę pomęczyć. Chyba, że chcesz się bić. - Uniosła jedną brew do góry, dając mu moment na decyzję. - Faktycznie, postąpiłam głupio. Nie uważam, że próba sprzeciwienia się temu, co się dzieje oraz narażanie życia i zdrowia dla tego celu jest głupotą. Nie, inaczej mnie wychowano. Jednak to nie był mój najbardziej przemyślany ruch, przyznaję. Powinnam być sprytniejsza i mądrzejsza. - Skinęła kilka razy głową, szczerze przyznając się do błędu. - Prawda jest taka, że znalazłam się w złym miejscu i czasie. Zupełnie jak podczas ataku w centrum, albo w tym pieprzonym sierocińcu. Tylko... Widzisz, gdybym mogła wybrać, zrobiłabym dokładnie to samo. Bo mogłam uratować tego chłopaka. Nie ważne kim był, mogłam uratować ludzkie życie. I niemal mi się udało. Udałoby mi się, gdyby nie... - Głos uwiązł jej w gardle, bo patrzenie jak szmalcownik niewybaczalnym zaklęciem pozbawia Arnolda życia, było nadal zbyt wielkim przeżyciem. Beth musiała wziąć głęboki oddech. - Nawet jeśli kończyłoby się tak samo, obiecałam, że będę to życie ratować. Nigdy nie chciałam stawiać cię w niezręcznej sytuacji, ale wiem, że byłoby gorzej, gdybyś dowiedział się od kogoś innego. A teraz wiesz i masz rację, gdyby nie twoje uczucia, byłabym już w drodze na przesłuchanie. - Poprawiła się na nim, prostując i przyjmując dumną pozycję. Sięgnęła tylko po swoją różdżkę, po czym mu ją podała. - Tak, jak ja bez względu na wszystko, powinnam wykonywać swoją pracę, tak i ty powinieneś swoją. Powinieneś dbać o swoją reputację, więc uważam, że pomimo tego, że również się w tobie zakochałam, powinieneś mnie odprowadzić na to przesłuchanie. - Powoli się z niego zsunęła, patrząc na jego twarz z całkowitą powagą wymalowaną na swojej. Zrobiła kilka kroków w tył, wciąż stojąc między nim a drzwiami.
- I powiedz mi, od czego właściwie powinnam się odsunąć? Bo od drzwi nie zamierzam. Mówiłam, że łatwo cię nie wypuszczę. Na pewno nie w środku takiej rozmowy. Bo nie wiesz wszystkiego, a to dość istotne. - Splotła ręce na piersi, czekając na jego ruch.

/wykorzystuję przewagę sprawne pięści


RE: Sypialnia Elizabeth - Theodore Bulstrode - 04-01-2021

Theodore czuł się przy Keen bezsilny. Jak nigdy dotąd nie czuł tylu zszarganych emocji, a w dodatku widział jak ona płacze. Sam chętnie by się popłakał, ale obiecał sobie tego nie robić. Obiecywał już za gówniarza, że wszelkie płaczliwe momenty zostawi sobie, gdy będzie umierał. To co mówiła i jak powodowało, że miał ochotę jeszcze więcej złych emocji wykrzyczeć. Obezwładniła go i padli na łóżko. Przygwoździła go do materaca, a Theodore czuł nagły przypływ adrenaliny. Nie zamierzał pozwolić jednak, by samoistnie użyć siły i ją obezwładnić. Gdy mówiła jak katarynka o dalszych kłopotach, chciałby móc cofnąć czas. Nie mógłby przeżyć tej straty. Wprawdzie chodziło głównie o większe dobro, Elizabeth robiła to w dobrej wierze, ale w złych miejscach, w otoczce ludzi, którzy mogli ją jawnie wykorzystywać. Gdyby padło na nią, pobiegłby z odsieczą, by ratować niewinne pisklę, którym określił ją podczas pobytu w Hareford.
O... jakim sierocińcu mówisz? — Theodore zmarszczył brwi.
Chociaż zatrzymał się wówczas na tym, Elizabeth kontynuowała swój wywód. Wynikało to w głównej mierze, że rozumiał aluzję. Mimo to wiedział jak będzie to wyglądać gdy dowiedzą się o niej wyższe szczeble niż sam Bulstrode. Gdyby Amelia dowiedziała się z kim miał do czynienia jej syn, zakazałaby mu kontaktu. Tak... Theodore był uzależniony od matki i to było widać. Jednak teraz bardziej od Amelii potrzebował Elizabeth. Była kojącym orzeźwieniem dla jego duszy.
Otworzył szerzej usta by coś powiedzieć w chwili, gdy powiedziała mu, że również się w nim zakochała. Złapał ją w biodrach, musiał się siłą wyrwać. Gdy to zrobił, przewrócił ją na plecy, odrzucił różdżkę, a potem emocje opadły. Musiał ją pocałować. Tak mocno, że ugryzł ją w wargę. Drapał ją brodą po szczęce, pocałunki schodziły nieco niżej. Wciąż był wściekły, warkot jak u lwa wypełzł z jego gardła, ale skupiony na Elizabeth próbował przyćmić to co faktycznie powinien zrobić. Nie chciał myśleć o ucieczce; o konsekwencjach wyborów jakie obydwoje podejmowali. Liczyło się to, że tu była. Dla niego.
W ostatniej chwili przerwał pocałunek, by wreszcie wydusić z siebie jakiekolwiek słowa:
Jako uzdrowiciel wypełniasz swoją powinność, ale wydaje mi się, że na złych warunkach. Zgodnie z rozporządzeniami ministerstwa ty musisz podejmować jakikolwiek ratunek w Mungu, a gdy przychodzi ci spotkać umierającego na ulicy faktycznie podjąć ryzyko pierwszej pomocy. Niemniej, zważ na to, że Nokturn odkąd pamiętam rządził się innymi prawami. Tam ludzie ginęli z rąk wariatów, którzy za nic mieli prawo i czuli się wyzwoleńcami. Ministerstwo z tym walczy, jakkolwiek by to nie wyglądało, dlatego nie możesz ryzykować wykrycia. Dowiedzą się o tobie nieodpowiedni ludzie. Bez względu na to co chciałabyś mi powiedzieć nie zmienię swojego zdania.
Tymczasem Elizabeth próbowała zatrzymać go w mieszkaniu, póki nie dojdą do konsensusu. Theodore'a bawiła ta desperacka próba wytłumaczenia swoich wyrzutów sumienia, ale doceniał każdy gest. Wynikało to również z faktu, że cisnęło mu się na usta słowa, które brzmiały jak zaklęcie i faktycznie nimi były.
Kocham cię, Elizabeth Keen. I zostajesz tutaj. Na przesłuchanie pójdziesz w momencie, gdy ci na to pozwolę.
Przycisnął ją do ściany, rzucając się na nią ponownie ustami. Nie zamierzał kryć złości, poczucia, że brał na barki całą odpowiedzialność tego co nieuniknione. Chwycił ją za uda, uniósł do góry i przytulił do swojego nagiego torsu. Nie mógł jej skrzywdzić, zresztą w ogóle nie potrafił, no bo jak? Czasem miłość była silniejsza niż trzeźwy umysł, a Theodore całkiem zwariował na jej punkcie.
Jeśli się dowiem, że bywasz w podejrzanych miejscach, zrobię ci prywatne przesłuchanie. Pobawimy się w złego glinę. — Theodore na moment przestał składać pocałunki, by złapać ją ręką za szyję, aby spojrzała mu prosto w oczy. — Jestem na ciebie zły, a mimo to cholernie cię pragnę. Bez względu na wszystko.
Ściągnął z niej resztę ubrań. Emocjonalna huśtawka mogła zostać w jeden sposób stłumiona. To jak bardzo Elizabeth próbowała poświęcić swoje stanowisko w obliczu zagrożenia jakim aktualnie był Theodore było cholernie seksowne, a to powodowało, że wcale źle tego nie odbierał.


Wykorzystuję zawadę: Nie podniosę różdżki


RE: Sypialnia Elizabeth - Elizabeth Keen - 04-01-2021

Nie odpowiedziała mu na pytanie, zbyt zaaferowana tym, co chciała mu powiedzieć. W końcu mówiła mu o tym, że znalazła z Lestrange trupa w starym budynku. Budynku, który podobno był kiedyś sierocińcem. Jednak tamte wydarzenia, w obliczu tych, które miały miejsce ostatnio, wydawały się być wyjątkowo błahe i zamglone.
Nie spodziewała się reakcji mężczyzny. Właściwie sądziła, że czeka ich powtórka z salonu. On się wkurzy bardziej, uniesie dumą. Ona nie da za wygraną, nie wypuści go z domu. Zrobi się z tego większa awantura, a sąsiedzi w końcu wezwą magimilicję. Zresztą daleko do komisariatu nie mieli.
Tymczasem Beth niespodziewanie znalazła się pod brunetem i nawet nie zdążyła pomyśleć o tym, że seks i czułości w obliczu kłótni oraz podniosłych, burzliwych, życiowych dyskusji są dosyć nieodpowiedzialne. Odwzajemniła pocałunek, napawając się tym, jak inaczej smakował. Te w nocy były łagodniejsze, a ten teraz podobał jej się bardziej. Kiedy otrząsnęła się z pierwszego szoku, który był szalenie przyjemny i z trudem zmusiła się do czmychnięcia spomiędzy ramion czarodzieja, złapała nieco dystansu, by dokończyć to, co chciała powiedzieć. Ale chociaż była gotowa to bitki, nie stawiała najmniejszego oporu, kiedy Theo popychał ją na ścianę. Kręciło jej się w głowie od zbyt szybkiego i płytkiego oddechu. Wczepiła się w bruneta jak kotka, również pozwalając, by emocje zamiast poprzez ciosy, ulatywały z niej poprzez pocałunki. Wbiła paznokcie w jego ramiona, nie specjalnie przejmując się tym, że może go zranić. Nie wyznała uczuć po raz kolejny, zbyt zajęta tym, aby dotrzymać partnerowi kroku. Za to między pocałunkami zdobyła się na coś zupełnie innego.
- Czy to dziwne, że podnieciło mnie to, jak mówisz "zgodnie z rozporządzeniami ministerstwa"? - Wyszczerzyła się, nie mogąc odmówić sobie ironicznego dowcipu. Wtuliła nos w szyję Bulstrode'a, przymknęła oczy, z trudem łapiąc oddech. W pewnym momencie odchyliła głowę do tyłu, a raczej zmuszono ją do tego. W brązowych oczach pojawił się znów zadziorny błysk, a kącik ust uniósł się do góry.
- I co zrobiłeś? Teraz będzie mnie kusić ta mała prowokacja. Zły glina brzmi nieźle. - Zapyskowała, bo przecież nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła. Ale po chwili spoważniała, a jej uśmiech złagodniał. Wtuliła się w Theo jeszcze mocniej, chcąc nachylić do jego ucha.
- To dobrze. Podobno kochać należy pomimo, a nie za coś. Wtedy miłość jest silniejsza. - Szepnęła, skubiąc płatek jego ucha. I nie protestowała, kiedy postanowił pozbyć się jej prowizorycznej piżamy. Odepchnęła się jedną ręką od ściany, by skierować ich znów do łóżka.


RE: Sypialnia Elizabeth - Theodore Bulstrode - 04-07-2021

Theodore na ten moment wolał zamknąć usta, by skupić się na pociesznym poranku z Elizabeth. Wbrew własnemu rozsądkowi pozostał w jej objęciach do końca dnia. Był przekonany, że gdy wróci z powrotem do Hareford otrzyma bez dwóch zdań pytania o swój tajemniczy pobyt. Na samą myśl, że miał coś napomknąć matce, wolał z uśmiechem pójść do swojej sypialni, by następnego dnia pójść do pracy.
I tak z Elizabeth będzie ciężko ─ wiedział to na pewno. Czekało ich mnóstwo pracy nad tym, by coś im faktycznie wyszło. Theodore musiał żyć w przekonaniu, że to co postanowił zrobić z Elizabeth; jakie faktycznie kroki podjął jest dobre i nie należałoby się nad tym dwa razy zastanawiać. Prawdą jest, że życie to nieustanne decyzje. Te, które podjął będą miały okropne konsekwencje jak i na gruncie rodzinnym tak i politycznym. W zasadzie, teraz wolał się tym nie martwić, upajając się zapachem oraz dotykiem Keen na tyle ile mógł.

2x z/t